Kupiłem wczoraj piersi z kurczaka. 1200 gram, dziewięć euro. Nie wiem czy kogut galijski, ale mięsko wygląda apetycznie. Ugotowałem makaron, gruby, rurki. Odsączyłem. Pokroiłem ptaka w kostkę. Cebulę, czosnek zeszkliłem na maśle, dodałem zwłoki ptactwa, wkruszyłem kostkę rosołu drobiowego, podsmażyłem. Otworzyłem puszkę z pomidorami pokrojonymi, wpierdoliłem je do tego wszystkiego i dusiłem kwadrans. Dodałem śmietanki. I dusiłem dalej. Popieprzyłem. Poziołowałem.

Wymieszałem to wszystko. I stoi teraz przede mną wielki talerz. A mnie się odechciało jeść. Pachnie ładnie, nawet wygląda ładnie. Teraz zjadłbym najchętniej polskiego rosołu parzącego usta. Z ziemniakami. Chyba jestem w ciąży. Urojonej. Nie ma rady. Trzeba otworzyć butelkę sauvignon, bo bo pierzastych mięsiw, tylko wina białe.

KatoN

Reklamy