To był styczeń. Mroźny. 67 rok ubiegłego wieku. A może inny. Dopadła mnie choroba, ciężkie zapalenie gardła czy tam migdałków podniebiennych. Pierwsza noc była koszmarem, miałem 40 stopni gorączki. Nie sposób było jechać ze mną do przychodni. Babcia wezwała doktora. Przyjechał wartburgiem, kiedy gruby szron tajał na szybie. W izbie było ciepło, piec buzował gorącym pomrukiem. Mirt na parapecie zieleniał mętnie na tle bieli za oknem. Doktor obejrzał moje gardło, obłożony język, dotknął rozpalonej szyi uciskając węzły limfatyczne. Jęknąłem. Przyłożył chłodną dłoń do czoła a potem zimną końcówkę stetoskopu. Wsłuchał się w szmery płuc, postukał palcami po mizernej klatce piersiowej i plecach. Dobrze nie jest, powiedział, i wziął się za wypisywanie recept. Musi zostać w łóżku co najmniej przez tydzień. Niech dużo pije. Chciałem protestować, ale nie miałem sił. Jutro na zabawie karnawałowej w przedszkolu miałem grać. Opadłem na wykrochmaloną biel poduszki, babcia przykryła mnie pierzyną i okryła dodatkowo pledem. Powała opadała na mnie z góry, a łóżko unosiło się w gorączkowym zwidzie. Meczący kaszel, grało mi w płucach, ślina kłuła przełyk. Byłem Zygfrydem. Wspinałem się przez kamieniste granie na spowity we mgle szczyt. Po ametyst, jaki miałem podarować Blance. W południe babcia podała mi pierwszą porcję medykamentów. Pod wieczór przyjechała pani pielęgniarka z metalowym pudełkiem pełnym igieł. Ujęła strzykawkę pod światło lampy i strzyknęła naciskając delikatnie metalowy spust. Kilkanaście kropel pofrunęło w zwolnionym tempie pod sufit. Wbiła się w moją chudziutką dupinę. Szerszeń. Utopiłem się we śnie. Jestem Zygfrydem, zabiłem smoka, pokonałem trzech rywali. Teraz muszę jedynie odnaleźć szlachetny kamień na szczycie niedostępnej góry. Kiedy już byłem o krok od wierzchołka, spadałem w przepaść. Krzycząc. Babcia podbiegała do łóżka tuląc mnie, kojąc i uciszając. To tylko zły sen, kochanie, tylko sen.

Na trzeci dzień choroby późnym popołudniem przyszła do mnie Tereska. Zmierzchało. Byłem rozpalony. Słyszałem ciche głosy w kuchni. Przyszła ze swoją mamą. Głos babci, dobrze, niech wejdzie do niego, ale nie na długo. Otworzyłem oczy, kiedy babcia kładła mi dłoń na policzku. Daruś, Terenia do ciebie przyszła w odwiedziny. Stała obok w rozpiętym palcie. Z rękawów zwisały czerwone włóczkowe rękawiczki na tasiemce. Wysoki kołnierz otaczał jej pyzatą buźkę zaróżowioną od mrozu. Miała porcelanowe niebieskie oczy, lekko strwożone. Niebieski golf podwijał się pod podbródkiem. Dobry wieczór, Ptysiu – powiedziała i usiadła na krześle przystawionym przez babcię koło łóżka. Dobry wieczór, Balbinko – przywitałem cicho.

Zerknęła na leżące na stoliku tabletki, akron, syrop, termometr, nerkę metalową na plwociny, gazę i nocnik stojący pod łóżkiem. To wszystko twoje? – zapytała. Pokiwłem głową próbując się unieść. Mówiliśmy do siebie Ptyś i Balbinka, takie przezwiska. Jak było na przedstawieniu? Popatrzyła na mnie uśmiechając się i odparła – spektakl się nie odbył.  Uniosłem się na łokciach. Jak to? Wzruszyła ramionami. Przecież jesteś chory. Dotknęła prawą dłonią małego pakunku, jaki trzymała w lewej ręce. Tak, jestem chory, ale mógł mnie przecież zastąpić Maciek, zna całą rolę na pamięć. Spojrzała na mnie uważniej. To prawda, ale ja się nie zgodziłam. Oświadczyłam pani głównej przedszkolance, że mogę grać rolę Blanki tylko z tobą. Więc nie było teatru. Byłabym zapomniała. Mam coś dla ciebie, Ptysiu. Rozwinęła sznurek i wyłowiła z zawiniątka papierowego pokaźnych rozmiarów ciastko. To wuzetka, wszystkie dzieci wczoraj dostały po takim ciachu, pyszne. My też. Łakomy kąsek. Ale nie miałem apetytu, więc poprosiłem, żeby zjadła za mnie. Nie chciała, ale uparłem się. Zjadła. Nawet zachichotaliśmy razem, kiedy pałaszowała. A potem weszła babcia z jej mamą do izby i się pożegnaliśmy. Już w progu powiedziała odwracając się, zapinana przez siebie i swoją mamę. Wracaj szybko do przedszkola, bo smutno bez ciebie.

Cała Tereska.

KatoN

 

Reklamy