Rue Saint-Michel od strony Placu świętej Anny. Przy stoliku obok siedzi para. Młody mężczyzna i młoda kobieta. Ona do mnie przodem. On tyłem lekkim. Widzę jego plecy i profil. Na nosie ma ciemne okulary. Mówią po francusku. Ona – nazywam ją w myślach Stefanią – bawi się palcami stopką kieliszka do wina. Ma krótko obcięte paznokcie, ale wypielęgnowane, zadbane. Myślę, że jest pielęgniarką. W każdym razie kimś, kto pracuje w zawodzie, w jakim wymagane są mało ostentacyjne pazury. Odgarnia włosy za ucho unosząc  prawy łokieć wysoko, odsłaniając pachę, jakby chciała powiedzieć, powąchaj moich feromonów. Jest ładna. Ma roziskrzone oczy – tysiące potłuczonych szkiełek w źrenicy migoczą radośnie fiołkowym utkaniem. Włosy opadają na odsłonięte ramię. Pierś jeszcze nie dojona, to widać na pierwszy rzut oka. Sukienka opina giętkie ciało, noga przełożona przez kolano. On jakiś spięty. Wyniosły, patrzy gdzieś ponad jej głową. Tak mi się zdaje, bo ma na oczach ciemne okulary, ale podbródek zdradza, że mierzy wyżej. Ona go kokietuje. Zdradza ją mowa ciała. Po randce chce się z nim kochać bez wątpienia. Może nawet już teraz ma mokro w kroku. Nie wiem o czym rozmawiają. Urywki słów.

Przychodzi kelner. Ona płaci. Lekko wydymam wargi ze zdziwienia.

Ona wstaje pierwsza. Ujmuje go za łokieć i podaje niewidoczną dotąd dla mnie białą składaną laskę. Odchodzą.

A mnie jest wstyd, więc zamawiam jeszcze coś mocniejszego.

KatoN

 

Reklamy