Żyjemy w czasach, z których warto – i należy – się już tylko śmiać. Śmiejąc się z nich, śmiejemy się i z siebie samych. Przez łzy rozpaczy.

Poznałam Darka w internetach. Zachwycił mnie swoją osobowością, intelektem, i tym jeszcze, że mieszka w Paryżu. Każda z nas, dziewczęta, chciałaby poznać przystojnego i dowcipnego mężczyznę, który ociera się o wielki świat. Właściwie to ja sama wymusiłam na nim randkę w Paryżu. Pojechałam z Polski sindbadem, 24 godziny jazdy. Czekał na mnie na Placu Zgody. Bardzo urodziwy, pocałował mnie na przywitanie w rękę. Zauważyłam, że ma białą peruczkę. I był w rajtuzach, ale co tam, pomyślałam, Paryż, moda taka pewnie. Rajtuzy były zdobione we francuskie królewskie lilie. Na palcu miał sygnet. I kazał się wieźć powozem do jego apartamentu. Mieszkanko niewielkie, dwa pokoje, aneks kuchenny, a na ścianach obrazy Chlodwiga, Karola Młota, Pepina Małego… Zjedliśmy kolację, mówił, że tego ślimaka sam wybierał u rzeźnika, że ślimaka to trzeba tak kupić najwyżej ważącego do półtora kilo. Był pyszny. Kiedy ściągał koszulę z żabotem dojrzałam wielki tatuaż na jego przepastnym torsie – Marszałek Petain. A potem pokazał mi Tour Eiffel. Nazajutrz  oprowadził mnie po Paryżu. Zwiedziliśmy Bastylię, potem Lasek Bulioński. Wracaliśmy szybką kolejką podziemną DV – Déjà Vu.

Kacia

Advertisements