Wpadła mi w oko tydzień temu. Tylko spojrzałem, a już miałem pewność, że ma zdrowe futerko i spostrzegawcze, ciekawe świata oczy. Zgrabna i ponętna w biologicznych krzywiznach.  Było w niej coś pociągającego. Byłem pewien, że się zaprzyjaźnimy, chociaż bił z niej ten rodzaj nieufności, który mnie podnieca. Lustrowała mnie. Tak było co dnia. Patrzyła na mnie, by po chwili odwrócić się i zniknąć.

Dzisiaj pokazała, że mi ufa. Byłem oczarowany.

Szedłem, jak zwykle szerokim korytarzem zastawionym mnóstwem rzeczy do wywiezienia.  Zbliżam się w to miejsce. Dwie palety zapełnione biurowymi rzeczami. W pierwszej chwili nie dostrzegłem jej, siedziała na podłodze, nie jak zwykle. A przed nią stał plastykowy pojemnik na dokumenty. Oniemiałem. Pośród resztek papieru i biurowych szpargałów wiły się dwa maleńkie kocięta. Nastroszone aksamitem futer.

Spojrzała na mnie wymownie. Zobacz. To moje dzieci, człowieku. Nie odrywała wzroku, nieruchoma. Z tą swoją rudawo-burą czupryną na głowie i porcelanowymi szarozielonymi oczami.

Pochwaliła się swoimi dziećmi. Osłupiałem, bo nie znalazłem w sobie nic w zamian.

KatoN

Advertisements