To wszystko miało miejsce w sierpniu, tak, na początku sierpnia zeszłego roku. Lipiec był słoneczny, ale znośny, odżywczy, pachniał świeżością, ale już sierpień przyniósł upały, nieznośne upały. Moje pierwsze lato we Francji. Kończyliśmy rozbiórkę hali w  PSA Aulnay sous Bois. Obiekt naprawdę spory. Około 600 metrów długi i szeroki na jakieś co najmniej 250 metrów. Olbrzymia hala montażowa Peugeota przeznaczona do rozbiórki. Dewastujemy wszystko, aby odzyskać tysiące ton stali, aluminium, miedzi. Hala ma kilkadziesiąt bram wjazdowych, teraz zamkniętych ze względu na bezpieczeństwo, i tylko jedna jest czynna, jest używana, przez którą wjeżdżają potężne tracki, lkv, aby je nakarmić towarem. Pewnego ranka otwieram pierwszy bramę wychodząc z samochodu. Pod sufitem wysoko szybuje pięć białych ptaków. Nie, nie jestem ornitologiem, ale trudno się nie domyśleć, że to ptaki nadrzeczne. W pierwszej chwili, instynktownie, nazywam je małymi albatrosami, są białe, większe od mew czy rybitw, jak mi się zdaje. Żyją nad Sekwaną. Musiały pobłądzić, przypadkowo znalazły się w hali, być może dnia poprzedniego, szukając ochłody przed spiekotą, albo łudzone ciekawością, czymś nieznanym, nowym, postanowiły odwiedzić halę fabryczną. No, jakby nie było, zabłądziły. W pierwszym odruchu postanowiłem je przegnać. To znaczy pomóc im znaleźć drogę wyjścia na wolność.  Trojgu udało się od razu. Przefrunęły swobodnie przez uchylone wrota. Dwójka z nich, zdezorientowana, będąc niekiedy już kilkanaście metrów od wyjścia, zawracała w popłochu. Kolega zaczął rzucać w nie kamieniami, aby je spłoszyć, ale bez sensu, opierdoliłem go, że tylko wprowadza je w nerwicę. Żaden sposób nie pomagał, więc pod koniec dniówki w rogu hali, tam gdzie się zagnieździły, zostawiłem pojemnik plastykowy z wodą i resztki jedzenia. Nazajutrz dwa białe cienie majaczyły z daleka pomimo, że uchyliliśmy bramę, nie znalazły wyjścia. Sytuacja powtarzała się przez parę dni. Rano sprawdzałem, czy zjadły i napoiły się. Tak. Przez całą dniówkę w huku od naszej pracy chowały się w kącie, hen daleko. Widziałem, białe sylwetki upierzone, które czasami wznosiły się przestraszone, obijając się o szyby szerokich okien, wzbijały nadaremno, szybowały. Moje zatroskanie udzieliło się innym. Wieczorem, już w hotelu, napomykaliśmy, co u naszych małych albatrosów, być może dzisiejszej nocy znajdą drogę powrotu. Któregoś dnia ucieszyłem się. Został tylko jeden ptak. Wnioskowałem, że jeden uciekł z pułapki. Strasznie mi było żal tego ostatniego. Było widać, że tracił siły, już nie wzbijał się wysoko pod powałę, już tak nie szybował. Dokarmialiśmy go intensywnie. Czułem, że cierpi i tęskni za wolnością, a już szczególnie za swoim partnerem, któremu się udało.

Trzy dni później w zakamarku rozbieranego biura za oszkloną palisadą, na drugim krańcu hali, znalazłem skrwawione dwa skrzydła. Myślałem, że się popłaczę. Instynktownie, natychmiast, odruchowo, wsiadłem na forklifta i podjechałem kilkaset metrów w róg hali. Samotny stał w kącie. Nawet już nie człapał, nie mówiąc o tym, żeby wzbić się w powietrze. Chciałem go przytulić, pogłaskać, powiedzieć, że tak mi przykro. Z dwudziestu metrów obserwowałem go długo. Wiedziałem, że umrze. Umarł z tęsknoty parę dni później. Nic już nie jadł, ani nie pił.

Wziąłem jego truchło i zaniosłem tam gdzie pierwszy padł jego partner.

KatoN

kacio59393

Advertisements