Stacja kolejowa jest mała. Dwa perony. I w pełni zautomatyzowana. W poczekalni nie ma kasy biletowej a jedynie ciąg automatów, z których wyskakują małe bileciki po wybraniu punktu docelowego i oczywiście uiszczeniu opłaty. Z Acheres Ville do centrum Paryża niewiele ponad 5 euro. Wchodzę do tunelu przez bramkę, następnie kolejną prowadzącą już na peron. Parę osób dosłownie. Elektroniczne tablice informują, że skład wjedzie za trzy minuty. Zegar tyknięciem dłuższego ramienia informuje, że rozpoczęła się właśnie dziewiątadwadzieściatrzy. Pochmurno, lekko mgliście, typowo poranna peronowa aura. Oczekujący na wjazd pociągu korzystają z trzymanych w rękach komórek, ktoś je, kończy, spóźnione, szybkie śniadanie, strzepując okruszki z palców i kącika ust. Z ukrytego megafonu żeński głos szczebiocze stacyjnie. Z łagodnego łuku po lewej wyłania się przód pociągu. Jest piętrowy i bez zgrzytania zatrzymuje się w wyznaczonym miejscu. Drzwi rozsuwają się bezszelestnie. Wchodzę do obszernego przedsionka przez moment nie mogąc się zdecydować. Wreszcie wybieram dół. Siadam w fotelu do kierunku jazdy przy oknie, zdejmując wcześniej przewieszoną przez piersi sakwę. Brązowy prezent od syna prosto z londyńskiego sklepu. Kładę ją obok na wolnym siedzisku. Głowę mam na wysokości krawędzi  peronu. Bez wyczuwalnego szarpnięcia krajobraz za oknem zaczyna zostawać w tyle. W środku jest pustawo, nieliczne ciche głosy gdzieś za mną. Po przeciwnej stronie przy oknie siedzi katar sienny mający na oko jakieś dwadzieścia lat. Załzawione oczy i spuchnięty nos, rozmawia przez komórkę, kichając piskliwym kotkiem, przykłada do twarzy jednorazową chusteczkę. Pociąg nabiera prędkości i to całkiem sporej mknąc przez przedmieścia z północnego zachodu do serca Paryża, przedziera się przez industrialne obozowiska, zbite w kupki parterowe skupiska osad, od czasu do czasu rozjeżdża krótkie odcinki niezagospodarowanych przez człowieka obszarów. Pustkowia porośnięte resztkami lasów. Zatrzymuje się na kolejnych stacjach. Pasażerowie bez pośpiechu i popłochu w większości wchodzą do do pociągu niż go opuszczają. Z czasem urozmaicony krajobraz niknie, za oknem już tylko same budynki, parterowa zabudowa zastępowana coraz śmielszymi, wybijającymi się w górę obiektami. Biurowce, warsztaty samochodowe, opuszczona fabryka z czerwonej, rdzawej teraz cegły z oczodołami pustych okien, z których zdaje się zionąć martwota i pustka, smutek po przebrzmiewającej świetności. Nie wiem skąd przychodzi mi na myśl,  że to musiała być kiedyś papiernia. Katar sienny kicha. Biedna dziewczyna. Ma pecha, jeśli jedzie na randkę, śmieję się współczująco w duchu. Patrzę za okno. Pojawia się wielkomiejska zabudowa, zachodnie dzielnice stolicy Francji. Najbardziej arystokratyczny obszar Paryża, niedotknięty jeszcze multikulturową kolorowością. Rzeczywiście, na kolejnym przystanku do pociągu wsiadają sami biali i kiedy już przygotowuję się do poobcowania z architekturą tych dzielnic, pociąg nagle wjeżdża do tunelu. Myślę najpierw, że to tylko na parę minut, że wyłoni się znowu na powierzchnię. Mylę się. Skład cały czas już będzie jechał pod ziemią, nurkując coraz głębiej. Automatycznie zapalają się dyskretne światła pod sufitem. Ekran przede mną na frontowej ścianie przedziału zaczyna migać informując, że za trzy minuty moja stacja docelowa. Wstaję powoli, przewieszam na nowo torbę przez piersi, poprawiam, cały czas trzymając bukiet kwiatów w ręce. Ślamazarna twarz kataru siennego przepraszająco spogląda na mnie, uśmiecham się i współczująco mówię au revoir. Odpowiada nosowo próbując się uśmiechnąć. Stacja Charles de Gaulle. Nie przypuszczałem, że aż tak głęboko jestem pod ziemią. Lochy, przychodzi mi na myśl. Żeby wydostać się na powierzchnię wyjeżdżam ruchomymi schodami pokonując trzy poziomy. Strzałki informacyjne kierują mnie. Na ostatnim poziomie zadziwiająco wąskie, kręte, łukowate wyjście. W ciasnawym korytarzu rozłożył się kloszard z dwójką psów przypominających szczenięta. A może na odwrót. Wreszcie jestem na powierzchni. Po prawej Łuk Tryumfalny. Nie wiem, ale tak już mam. Podobnie było w Berlinie, kiedy pierwszy raz stanąłem przed Bramą Brandenburską. Wszystkie te światowe budowle, w mojej wyobraźni, są o wiele większe, bardziej imponujące. W rzeczywistości nie robią już takiego wrażenia, są mniejsze i – jakby to nazwać – mniej wzniosłe? Co nie znaczy, że to rozczarowujące przybudówki, o nie. Ulica jest gwarna, wiem, że po lewej ręce mam ChampsÉlysées. Byłem już na tej alei parę razy, ale nie od tej strony. No nic, ruszam, kpiąc w duchu, że jetem na paryskich Krupówkach.

Idę nieśpiesznie, a ciepły wiatr od przodu rozwiewa włosy.

KatoN

kacio59393

Reklamy