Byłem wczoraj na seansie filmu „Smoleńsk”. Pozwolę rzucić teraz w odmęty internetów kilka uwag. Miałem to wydarzenie strollować, ale pomyślałem, że podejdę na poważnie.

Problemem tego filmu nie jest fakt, że prezentuje on teorię spiskową. Jest wiele filmów tego gatunku, które są doskonałe i nawet osoby nie uznające teorii spiskowych za prawdziwe mogą oglądać je z przyjemnością i zainteresowaniem. Rzucę pierwszym przykładem – „JFK” Olivera Stone’a, gdzie mamy świetnie napisaną fabułę, doskonałych aktorów (m.in. perełka aktorska Kevina Bacona jako geja czy przytłaczający wręcz ekspresją Joe Pesci), dynamiczny montaż i wyśmienite zdjęcia Roberta Richardsona. Filmy spiskowe budzą też zainteresowanie widzów, mogą otwierać oczy na inne niż mainstreamowe spojrzenie na określone wydarzenia i ludzi. Współautor scenariusz, Marcin Wolski, napisał nawet spiskowy kryminał o wydarzeniach w Smoleńsku („7:27 do Smoleńska”, 2014). Nawet niezły, z walką wywiadów w tle. Można to zekranizować. Z lepszym skutkiem niż to, co możemy oglądać obecnie na kinowym ekranie.

Polska to nie jest kraj wolności słowa. Swobodę wypowiedzi tłamsi się na różne sposoby. W filmie „Smoleńsk” jego twórcy zastosowali swoisty zabieg. Autocenzurę, czy raczej autokastrację. W dwugodzinnym filmie nie pada żadne nazwisko. Ani prezydenta Kaczyńskiego, ani generała Błasika, ani nikogo innego, który zginął tamtego tragicznego dnia. Używa się eufemizmów – „prezydent”, „generał” itd. WTF? Gdyby pokazać ten film w USA to by nikt nie wiedział, o co chodzi. Nie dlatego, że Amerykanie to idioci, tylko waśnie ze względu na fakt, że nie mogliby się dowiedzieć kogo dotyczy konkretne wydarzenie. Nie rozumiem tego zabiegu. W amerykańskich filmach i serialach tego typu non stop rzuca się autentycznymi nazwiskami polityków, ba! w „Mr Robot” jest scena gdy Obama mówi o wojnie przeciwko fsociety (fikcyjnych anonymous z serialu). Brak nazwisk osłabia wymowę mocnych scen z wojny z Gruzji. Bo widzimy jakichś nonejmów, którzy mówią o zagrożeniu ze strony Rosji.

Scenariuszowo to jest padaka. Wątki się rwą, trudno uwierzyć w przemianę głównej bohaterki, bo sceny kiedy jest lemingiem sąsiadują z tymi, gdzie została sekta smoleńską. Montażowy chaos wynika zapewne z burdelu, który był w scenariuszu i może po prost próbowano to uratować wstawkami retrospekcji. Wyszło nieudolnie i niechlujnie. Wygląda na to, że twórcy chcieli upchnąć w tym filmie wszystkie teorie i fakty mające związek z tym co się stało 10 kwietnia 2010 roku, jak i tym co nastąpiło później. Mamy tu i Binięde, i śledztwa MAK, i komisji Millera, i kluby „Gazety polskiej” i wyjazd do Chicago, i tandetną scenę erotyczną, Tuska z Putinem na sopockim molo… Dużo tego jak na niespełna 2h. Zamiast wybrać jedną ścieżkę przedstawienia sytuacji wszystko się rozmywa. A wiele wątków, w tym główny – dziennikarskiego śledztwa – urywa się nagle.

Koszmarne aktorstwo to kolejny gwoźdź do trumny. To jest poziom poniżej polskiej telenoweli. O reżyserii i zdjęciach nie będę nic pisał, bo szkoda strzępić ryja…

Scena z zamordowanymi w Katyniu polskimi oficerami witającymi tych co zginęli w Smoleńsku to już takie kuriozum, że nie mam słów.

Jest jeden plus filmu – muzyka Michała Lorenca. Zaiste jest to świetny kompozytor.

Żeby robić filmy należy to umieć. Nie wystarczą pieniądze i chętni do współpracy. „Smoleńsk” wpisuje się w tragiczną konwencję złych filmów o ważnych sprawach. W Polsce spieprzono już filmy o Pileckim, żołnierzach wyklętych, śmierci Popiełuszki, a teraz o Smoleńsku. Jesteśmy przegrywami jeśli chodzi o kino patriotyczno-historyczne. W PRL robiono to 100 razy lepiej. Ale o tym napiszę w innym tekście, bo takowy przygotowuję. Stay tuned.

Autor, mój przyjaciel z interentów

kacio59393

papqNie oglądałem filmu, nawet nie wiem czy we francji są kina, ale po takiej recenzji już wszystko wiem. I zgadzam się ze stwierdzeniem Autora, że dzisiejsze polskie kino to poziom sitcomów i że najlepsze filmy polskie powstawały w PRL, dzisiejsze polskie obrazy przypominają przedwojenne „łun mję nie kocha…”

Osobiście chciałbym, aby o tym wydarzeniu opowiedział filmowo Lars von Trier. Dekonstrukcja totalna. Panią nieboszczkę prezydentową zagrałaby oczywiście mało urokliwa Charlotte Gainsbourg, a prezydenta nieboszczyka Nicholas Cage, bo on wszystkich jest w staniu chujowo zagrać, jenerała nieboszczyka Bagsika grałby śp Marlon Brando, głównego pilota Czarek Pazura, a jakąś wdowę po nieboszczyku – Halinka z Kiepskich. Oczywiście na pokładzie działyby się, jak to u Triera, sceny nie tylko dantejskie, ale również mocno rozblekane. I drugie oczywiście, Бартош Романович nie byłby sobą, gdyby nie omieszkał dodać – Balabanow, gdyby żyl, zamiast Triera, no albo chociaż nasz Smażowski. W roli Lecha Wielkiego oczywiście Dziędziel… A w roli Pierwszej Szarej Myszki ta co się kurwiła z technikiem w Dom Zly.

Czytał Lucjan Szołajski.

KatoN

rzad

kacio59393

Advertisements