Za piętnaście trzecia odzywa się alarm w komórce, nie wyrywa z głębokiego snu, bo jest płytki – w sensie czujny. Wąski hotelowy korytarz z przyćmionym światłem, pusta o tej porze recepcja. Chłód rozgwieżdżonej nocy ze śmiesznie zawieszonym nad drzewami naturalnym satelitą ostrzącym rogi czeka za progiem szklanych drzwi. Wyludnione ulice przedmieścia Acheres. Przejedź przez rondo, drugi zjazd. Zjedź. Jedyna pasażerka odzywa się ze szkatułki pobłyskującej niebieskim światłem. Macki sztucznego satelity śledzą pojazd z dokładnością do paru metrów. Za osiemset metrów zjedź, trzymaj się lewej strony. Pojedź drogą ekspresową. Pożegnanie z Ile de France. Picardia. Nord-Pas-de-Calais. Na wysokości Arras oczywistością jest wspomnieć Wawel. Za Lille pojawiają się nowe symbole drogowe, nieomylny znak, że jesteś w Belgii. Wyblakłe tablice zawieszone nad autostradą prowadzą w kierunku Antwerpii. Autochtoniczne nazwy miejscowości potrafią sprawić nie lada psikusa. Nagle na tablicach pojawia się, obok innych, nazwa – Gent. Uśmiechasz się do siebie na wspomnienie dawnego internetowego pseudonimu w okrojonej wersji. Kto by pomyślał, że Gent to Gandawa, więc zapalasz dla odprężenia papierosa, pierwszego dzisiaj. Wybierasz w odtwarzaczu Wish you were here i myslisz o tobie. Szkoda, że cię tu nie ma, chciałbym, żebyś tu była.

KatoN

kacio59393

Advertisements