papqIdziemy na spacer wąską szosą, która biegnie wzdłuż niewidocznej jeszcze stąd Sekwany. Po prawej, domy schowane w ogrodach, wybujałe krzewy barwią się kwiatami. Po lewej, zasychająca już trawa rdzewieje od słońca, które kapryśne chowa się  i pojawia na nowo zza kłębów cukrowej waty, a dalej od murawy i żwiru  piętrzą się nadbrzeżne obozowiska smukłych i rozłożystych drzew, pośród których rozpoznajemy klony, jesiony, osiki obleczone gdzieniegdzie stadami pnączy z tym charakterystycznym dla Francji tłustym, lśniącym listowiem, które nie przepuszcza słońca, dając schronienie rzecznemu inwentarzowi. Brzeg jest stromy, myślę, na jakieś dziesięć metrów, kamienisty, umocniony ludzkimi rękami, które przez wieki starały się chronić domostwa przed intruzem – powodzią. Na małym rozstaju, na kopczyku stoi obelisk uwieczniony pordzewiałym krzyżem. Z trudem odczytujemy litery, które pogryzł czas wspomagany przez deszcze, upały. Wysmagany wiatrem pomnik, pamiątka z połowy XIX wieku, wzniesiona Bogu w podzięce, że uratował w 1855 roku mieszkańców Acheres przed zalewem powodzi. Przykuwa naszą uwagę zbutwiała, kamienna forma. Przed obeliskiem, broniąca się resztkami sił od zapomnienia. Z tabliczki informacyjnej dowiadujemy się, że to pozostałość, po pierwotnej katolickiej figurze; została zburzona podczas czarnej nocy tzw. rewolucji francuskiej z mocy edyktu wydanego przez rewolucyjną gawiedź. Tak. W 1793 roku zburzono w tym miejscu stojący przez wieki symbol katolickiej Francji. Mieszkańcy miejscowości po ponad półwieczu, w tym samym miejscu, wyrazili dziękczynienie za uratowanie miasta przed zalewem. Pozostał tylko fundament, opoka, zapomniana, jak się zdaje przez wszystkich tutaj. Ot, zabytek, ciekawostka, nieodnotowywana przez mijających go z obojętnością. Za nami rodzaj sztucznego doku, wielkie barki remontowane na szynach, wyciągnięte maszynami na rozległy brzeg. No i wreszcie widzimy Sekwanę. Wyłania się gęstwiny listowia. Zdumiewa, że jest zielona. Tak, wody tej rzeki są zielone. Pomarszczona wiatrem powierzchnia płynie w tonacjach zieleni, mieni się jasnymi plamami żywej zieloności przetykanymi ciemniejszym obszarem zgniłej zieleni. Siadamy na stopniach betonowych schodów schodzących aż do wody, nadszarpniętych potęgą toczonego nurtem żywiołu. Na drugim brzegu co kilkadziesiąt metrów zanurzone w cieku stoją, na tle pasma przybrzeżnego lasu, architektoniczne betonowe prostokąty, służące zapewne do nawigacji, czy czegoś tam. Otwieram plecak, wyciągam butelkę cotes du rhone, co za zrządzenie losu!, pić wino z Doliny Rodanu nad Sekwaną. Przytykamy gołą szyjkę flaszki do ust najsampierw posmakowawszy zaklętego w szkło słońca. Dobre, ocieramy usta i się całujemy. Masz jasne dżinsy, lekkie wygodne obuwie w sam raz na przechadzkę długą, i białą tunikę, pod którą bieleje jeszcze jaśniejszy stanik opinający dorodności. Wiatr rozwiewa włosy, które kosmykami pieszczą brzoskwiniową skórkę policzków. Sycimy się mnogością doznań, kiedy raptownie  od lewej ręki wyłaniając się zza kurtyny drzew w ostrym biegu śmiga pontonowa łódź żandarmerii wodnej. Mężczyzna i kobieta na malutkim pokładzie, w uniformach policyjnych. Nawet nas nie widzą zajęci chyba swoimi obowiązkami. Zastanawiamy się, w którą stronę płynie Sekwana, z ruchu pomarszczonych fal zdaje się, że na wschód w tym miejscu, ale później odkrywamy ze zdziwieniem, że jest jednak inaczej, dzięki pustej butelce, ledwie widocznej w wodzie. Nurt unosi ją ze wschodu na zachód jednak. Czuję Twoją głowę na ramieniu, a słońce mamy na plecach.
KatoN
kacio59393
Reklamy