W przedszkolu zakochałem się po raz pierwszy w życiu. Miała na imię Tereska. Przynosiłem jej cukierki, lizaki kogutki, ona wiązała mi sznurowadła u trzewików, bo dla mnie to była zbyt skomplikowana czynności. Jedliśmy obiad, kluski na parze, przy jednym stoliku, pokazywałem jej strupy na kolanach, całowaliśmy się w łazience. Ale to była miłość bez przyszłości, jej ojciec był inżynierem, matka panią magister w aptece, a ja, cóż ja, syn w robotniczej rodzinie…

Lizaki już nie wystarczały. Kolega – miał ojca taryfiarza i matkę sprzedawczynię w pewexie, zaczął Teresce przynosić gumy Donalda. Niby mnie jeszcze trzymała za rękę na spacerach po przedszkolu, ale to już nie to… poczuła inną więź. Po latach spotkaliśmy się, urosły jej cycki, śmiała się ze mnie, bo akurat wynosiłem cegły po schodach na remont dachu. Takie jest życie.

Któregoś dnia kolega, syn taryfiarza, pochwalił się bezczelnie, że Tereska ściągnęła przed nim majtki i pokazała mu cipkę w toalecie. To był gwóźdź do trumny. Nie spałem przez tydzień, babcia parzyła mi ziółka z lipy i głaskała po głowie mówiąc i tuląc, Daruś, Daruś…

Wyszedłem z tego, ale odsunąłem się od kobiet. Z biegiem lat nabyłem doświadczenia ręcznie…

W wieku kiedy pojawiły się u mnie pierwsze nocne zmazy i polucje, kiedy doświadczałem pierwszych porannych bolesnych świtańców, jeździłem na wakacje do dziadków na wieś. Wiejskie dziewczyny szalały za mną, no wiecie, chłopak z miasta, imponowało im to szalenie. Całowały się ze mną, macałem je po zabawach w krzakach i kopkach siana, te głośne oddechy, rumieńce na twarzy w świetle księżyca, cycki im sterczały jak bagnety pod Verdun, cipki mlaskały jak małe kotki przy misce mleka pod moimi palcami…

W wieku czterech lat nauczyłem się czytać. Po prostu z prostej przyczyny a nie z powodu jakiejś mojej nad wyraz rozwiniętej inteligencji czy talentu. Nie znosiłem kąpania w wanience, a już szczególnie mycia głowy przez moją ciocię, siostrę mamy, która dbała o moją higienę do przesady. Siadałem w bali do kąpania i ciocia, mając siedemnaście lat wtedy, mówiła mi, Daruś, teraz umyjemy głowę, zaczynałem wyć, że szampon naleci mi do oczu, panicznie się tego bałem, więc ciocia udając, że czyta etykietę na butelce szamponu recytowała, Daruś, tutaj jest napisane, że szampon jest nielecący do oczu… Nie wierzyłem cioci do końca, więc sam się musiałem nauczyć czytać.

KatoN

d

kacio59393

Reklamy