Paru osobom już wcześniej mówiłem, pisałem, informowałem, że zanim opuszczę Francję, chciałbym odwiedzić jeszcze tylko jedno miejsce.

Zeszły czwartek nad Sekwaną był dniem wolnym, katolickie święto Wniebowstąpienia (podobnie najbliższy poniedziałek, Zielone Świątki). Nie mnie oceniać, dlaczego Holender, u którego pracuję, postanowił w ostatniej chwili tzn. wczesnym rankiem w czwartkowe święto obudzić mnie i partnera i oznajmić, że jedziemy w Ardeny, pod belgijską granicę, do fillii zakładu, w którym urządzamy spektakle demolition, burzymy hale produkcyjne. Piąta rano, bez śniadania, marysie hotelowe jeszcze śpią, wsiadasz do auta rozespany, lekko wkurwiony, i wbijasz w gps przesłany smsem adres. Ponad 230 kilometrów. Jedziesz, przedmieścia Paryża puste, kierujesz się na wschód. W okolicach Reims coś każe mi, nie wiadomo dlaczego, spojrzeć wnikliwiej na nazwę miejscowości wbitej w urządzenie. Ale jeszcze nie dociera do mnie. Dopiero kiedy wysiadam przed ósmą przed bramą zakładu, wiem gdzie jestem.

Zmarł 10 listopada i jego zwłoki zostały przewiezione  do domu, a następnie pochowane w obecności matki i siostry. Ksiądz chciał zawiadomić kolegów ze szkoły i innych znajomych z regionu, ale madame Rimbaud syknęła zawracanie głowy, bez sensu.  Jego dawny nauczyciel gry na pianinie zagrał na organach. Było pięciu chórzystów i ośmiu ministrantów. Pani Rimbaud zapłaciła  82 franki za draperie i 100 franków za świece. Była to droga msza pogrzebowa pierwszej klasy, w której uczestniczyły  tylko dwie żałobnice. Artur spoczął w grobie rodzinnym, przy swojej siostrze, na cmentarzu w Charleville.

Nie było mi dane nawiedzić, o czym marzę, tym razem, przypadkowo (?) przecież w sumie,  w ostatni czwartek jego grobu (zapierdalaliśmy do nocy), aby oddać cześć tej udręczonej duszy.

KatoN

AVT_Arthur-Rimbaud_4733

kacio59393

Reklamy