Poniższą garść uwag adresuję do wszystkich osób i środowisk, które w sprawie obecnego kryzysu imigranckiego zajmują w zasadzie prawidłowe stanowisko, opowiadając się przeciw „przyjmowaniu uchodźców”, a za zwalczaniem nielegalnej imigracji i ograniczeniem do minimum imigracji w ogóle. Ale zupełnie niepotrzebnie splatają je z niechęcią, wrogością czy wprost nienawiścią do islamu jako religii – czyli z islamofobią.

Drodzy przyjaciele!

Tak, to prawda – islamofobii nie uroili sobie ideolodzy poprawności politycznej. Takie zjawisko istnieje. Nie chodzi tu o naturalne odruchy i postawy samoobrony społecznej, które dominujący przekaz medialny atakuje jako rzekomą „islamofobię”. Islamofobię autentyczną najłatwiej poznać po upartym wrzucaniu wszystkich muzułmanów do jednego worka. Tymczasem islam, podobnie jak chrześcijaństwo, nie jest monolitem. Dzieli się na rozmaite odłamy, nurty i grupy, one zaś różnią się między sobą pod względem doktryny. Jeżeli chcecie uchodzić za znawców islamu – a takim tonem zwykle się wypowiadacie – powinniście unikać fałszywych uogólnień. Wy jednak całą swoją prostacką krytykę islamu opieracie na paru twierdzeniach „jak cepy”, dowodzących jedynie waszej nieznajomości tematu.

Kłamstwo nr 1: islam zachęca do terroryzmu

Mówicie zatem aż do znudzenia, że islam jako taki rodzi terroryzm. Nic podobnego. Osławiony arabski terroryzm pojawił się w latach sześćdziesiątych XX wieku. Zainicjowali go Palestyńczycy, pragnąc na drodze nieregularnych działań zbrojnych odzyskać niepodległość i uwolnić swój kraj od żydowskiej okupacji (znanej pod nazwą Państwa Izrael). Ów terroryzm rozwinął się na podłożu walki narodowowyzwoleńczej, a nie islamu – wśród najsłynniejszych wówczas palestyńskich bojowników, alias „terrorystów”, nie brakowało również chrześcijan (George Habasz, Wadi Haddad, Najif al-Hawatma).

Dzisiaj dżihadyści z „Państwa Islamskiego” czy al-Kaidy nie dokonują zamachów terrorystycznych dlatego, że są muzułmanami, tylko dlatego, że są zwolennikami wahabizmu, salafizmu albo takfiryzmu – ideologii wywiedzionej z pokrętnej i naciąganej interpretacji islamskich zasad wiary. Media dla wygody zastąpiły właściwe nazwy tej ideologii określeniem „dżihadyzm”, bo ich zapamiętanie przekracza niestety możliwości umysłowe przeciętnego polskiego odbiorcy.

Dżihadyzmu nie należy utożsamiać z islamem jako takim, a islamu jako takiego – z dżihadyzmem. Muzułmanie wcale nie popierają dżihadystów. Muzułmanin Baszar al-Asad prowadzi wojnę z dżihadyzmem w Syrii. Muzułmanin Emomali Rahmon dławi dżihadyzm w Tadżykistanie. To samo w Uzbekistanie czyni muzułmanin Islam Karimow. Muzułmańscy bojownicy Hezbollahu codziennie ścierają się z dźihadystami na polach bitew. Muzułmanin prof. Selim Chazbijewicz i muzułmański Związek Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej protestowali niedawno przeciw „przyjmowaniu uchodźców” w trosce o bezpieczeństwo naszego kraju.

Z drugiej strony, dżihadyści w Syrii i Iraku za samo wyznanie masowo mordują niemuzułmanów – chrześcijan, druzów i jazydów – ale z identycznego powodu mordują też wyznawców innych gałęzi islamu niż sunnicka, na przykład szyitów. Mordują nawet muzułmanów sunnitów, jeżeli ci kwestionują wahabicką ideologię. W przeprowadzanych przez dżihadystów zamachach i egzekucjach ginęli również muzułmańscy duchowni, którzy głośno potępili wahabizm i wzywali do jego zbrojnego odparcia.

Jeżeli chcecie coś zrobić na rzecz walki z dżihadyzmem, głośno i wyraźnie opowiedzcie się po stronie tych, co naprawdę z nim walczą: Asada, Hezbollahu, świeckich nacjonalistów syryjskich i palestyńskich.

Kłamstwo nr 2: islam zachęca do gwałtów

Z waszej strony często można usłyszeć, że islam (w ogóle) pozwala swoim wyznawcom na gwałcenie kobiet lub wręcz ich do niego zachęca. Za pomocą takiego argumentu chcecie zmobilizować opinię publiczną do sprzeciwu wobec polityki taśmowego sprowadzania imigrantów, powołując się na katastrofalne skutki ubiegłorocznej inwazji fałszywych „uchodźców” na Europę. Intencja pozostaje słuszna, ale argument niezgodny z prawdą. Gwałty, napaści, rabunki i morderstwa popełniane przez „uchodźców” na mieszkańcach najechanego przez nich kraju nie wyrastają z islamu, lecz z wykorzenienia imigrantów. Masowe emigracje zasila przede wszystkich najgorszy element społeczny, bo to on jest najbardziej mobilny. Tacy ludzie w każdym kraju są najmniej związani z resztą społeczeństwa, ponieważ swoje stosunki z otoczeniem postrzegają wyłącznie przez pryzmat własnych egoistycznych korzyści (moralność Kalego). Z tej też przyczyny najłatwiej przychodzi im porzucić ojczyznę i przenieść się gdziekolwiek, gdzie spodziewają się łatwiejszego i przyjemniejszego życia. Nie przestrzegają norm prawa i współżycia społecznego nawet w swoim kraju, więc dlaczego mieliby przestrzegać naszych?

I tu przechodzimy do sedna sprawy. Prawdziwe zagrożenie dla Europy przyniosła ze sobą nie „islamizacja”, lecz masowa imigracja. Masowa imigracja jest złem dla wszystkich, ponieważ rodzi patologie wśród imigrantów i stwarza szeroki wachlarz zagrożeń dla ich nieszczęśliwych gospodarzy. Prawidłowość ta nie wiąże się ani z islamem, ani z żadną konkretną religią przybyszów. Dla Anglii masowa imigracja Polaków pozostaje równie szkodliwa, co masowa imigracja Pakistańczyków lub Hindusów.

Dlatego mówcie głośno, że jesteście przeciwnikami masowej imigracji – każdej – a nie islamu. Przestańcie straszyć Polaków nielicznymi nad Wisłą muzułmanami, a zamiast tego rozpocznijcie kampanię przeciw masowemu wpuszczaniu do Polski imigrantów z Ukrainy, którego kolejne rządy w Warszawie nie kwapią się przystopować, choć ich liczba w naszym państwie urosła już podobno do miliona. Zwróćcie się przeciw zwolennikom masowej imigracji: mediom i ruchom propagującym ideologię multikulturalizmu, partiom politycznym gotowym ją realizować (są takie w polskim parlamencie), lobbingowi świata biznesu na rzecz zwiększenia imigracji – bo chciwi bogacze są gotowi zniszczyć normalne społeczeństwo, byle dostać swoją upragnioną tanią siłę roboczą.

Kłamstwo nr 3: islam zamyka kobiety w workach

Wierzycie i powtarzacie każdemu, kto akurat słucha, że straszny islam nakazuje kobietom nosić te wszystkie dziwaczne burki, kwefy, abaje i hidżaby (a jeśli nie chcą, to je gwałci, albo ucina głowy, a może jedno i drugie). Mylicie się. Normy obyczajowe dotyczące ubioru kobiet nie należą do doktryny religijnej islamu i nie z niej się wywodzą, lecz z tradycyjnej kultury ludów Półwyspu Arabskiego, starszej od islamu. Choć nie stanowią one muzułmańskich zasad wiary, splotły się historycznie z islamem i wraz z nim upowszechniły, na podobnej zasadzie, jak łacina splotła się w pewnym momencie dziejowym z chrześcijaństwem i wraz z nim szerzyła się po świecie – absurdem byłoby wyprowadzać z tego wniosek, że łacina jest nieodzownym składnikiem wiary chrześcijańskiej i z niej wypływa.

Wzorce starej kultury arabskiej, na przykład obyczajowej, rozpowszechniły się wraz z islamem, ale nie zapanowały w każdym zakątku świata muzułmańskiego, który również pod tym względem pozostaje zróżnicowany. Tuaregowie są muzułmanami od wieków, a jednak zgodnie z ich tradycją to mężczyźni zasłaniają twarze zawojami przed wzrokiem obcych – kobiety tego nie czynią. W dzisiejszych krajach muzułmańskich, które niegdyś wraz z przejściem na islam znalazły się w zasięgu arabskich wpływów kulturowych, obyczaj zakrywania ciała przez kobiety gdzieniegdzie zniesiono zupełnie (Turcja, Algieria), a gdzie indziej praktykuje się go w cywilizowany sposób (Iran). Nie stanowi on nieodzownego elementu kultury arabskiej, podobnie jak choćby tzw. obrzezania kobiet w Afryce Wschodniej nie stanowią nieodzownego elementu kultury afrykańskiej. Przyjrzyjcie się życiu codziennemu w krajach arabskich: Egipcie, Syrii, Palestynie, Iraku – a przekonacie się, że nie panuje w nich taki system społeczny, jak w Arabii Saudyjskiej.

Kłamstwo nr 4: islam to największy wróg chrześcijaństwa i cywilizacji

Sporo widać wśród was domorosłych krzyżowców, marzących o nowej katolickiej krucjacie przeciw bisurmanom… ale, o dziwo, prowadzonej pod przywództwem protestanckich lub bezwyznaniowych masonów z Waszyngtonu. Pomyślcie chwilę. Skoro tacy z was obrońcy Christianitas, to z waszego punktu widzenia muzułmanie są innowiercami, których trzeba starać się nawracać. Ale próby nawracania kogokolwiek karabinami czy kastetami zawsze spełzają na niczym. Nie da się nawrócić żadnego innowiercy, epatując agresją wobec jego dotychczasowej religii, trzeba natomiast poznać ją i zrozumieć. I trzeba rozmawiać z jej wyznawcami, zamiast na nich ryczeć. Powie wam to każdy misjonarz, który nie wojuje klawiaturą komputera ani nie krzyczy bzdur na ulicy, tylko naprawdę pracuje wśród ludzi nie znających Chrystusa.

Jak wynika z wielu waszych wypowiedzi, nawet wojujący ateista czy pomalowany zboczeniec z „marszu tolerancji” nie jawią się wam aż tak wielkimi wrogami chrześcijańskiej Europy, jak muzułmanie. Odpowiadacie: bo oni w przeciwieństwie do muzułmanów przynajmniej respektują podstawowe „europejskie wartości”. Otóż to. Europę do jej obecnego stanu rozkładu wewnętrznego doprowadziła nie żadna „islamizacja”, lecz właśnie „europejskie wartości”. Widzieliście niedawno, jakiego spustoszenia dokonały „europejskie wartości” w głowach Europejczyków: dżihadyści mordują ich na ulicach ich własnych miast, a oni jako swoją odpowiedź terrorystom gryzmolą kredą na chodnikach idiotyczne kwiatki i serduszka.

Duża część z was powtarza jako swój koronny (i nierzadko jedyny) argument, że islam kłóci się z liberalną ideą „wolności”. Tu macie rację. Islam jest nie do pogodzenia z „wolnością” pojmowaną na sposób liberalny – podobnie jak chrześcijaństwo i każda tradycyjna tożsamość zbiorowa. Dżihadyzm ma potencjalnie jedną zaletę: może zmusi was wreszcie do zrozumienia, że pomiędzy liberalizmem a prawdziwą wspólnotą ducha i wiary trzeba wybrać. Jeśli wybieracie liberalizm – zasługujecie na noże i bomby dżihadystów, i sami się o nie prosicie.

źródło

kacio59393

Advertisements