Paryż, 1951 rok. I komu to przeszkadzało? Ministranci, bielanki, zakonnice w habitach, księża w sutannach. W podparyskim Le Blanc Mesnil w każdą niedzielę o ósmej rano jest w kościele Msza święta po polsku. Szkoda, że nie po łacinie, języku dumnych Europejczyków, porzuconym i zapomnianym dzisiaj. Martwym. Kto zabija język liturgii zrozumiały dla wszystkich nacji, ten zabija samą religię. W poprzedniej miejscowości, w której mieszkałem miesiąc, jest urocza świątynia. Mały późnoromański kościołek ale już z pretensjami do gotyku. Na niedzielnej sumie gromadzi się nie więcej niż niecała setka wiernych. Jedną trzecią stanowią imigranci z Afryki i Azji. Taka uwaga na marginesie – nie wszyscy imigranci lub ich potomkowie to islamiści. Są wśród nich również wyznawcy Boga w Trójcy Jedynego, o czym należy  i warto pamiętać.

KatoN 

minikacio59393 

Reklamy