Wtłoczeni w kąty wilgotne kościoła, co dech ich studzi, w ław dębowych cieśni, k’pozłocie chóru obróciwszy czoła, z dwudziestu gardeł zbożne ryczą pieśni. Zapachy wosku chłonąc jak woń chleba,  szczęśliwi, korni jak psy pod batogiem, ubodzy w Panu, ci wybrańcy nieba śmieszne Oremus składają przed Bogiem. Po sześciu znojnych dniach spocząć na gładkiej ławie – dla kobiet jakaż to ponęta, tam w dziwny kożuch zakutane matki muszą płaczące tulić niemowlęta. Tam pierś ich brudna! Zup zjadaczki blade patrzą tam z prośbą, której nie wypowie oko, na chłystków złośliwą gromadę z kapeluszami zmiętymi na głowie. W domu chłód, zimno i mąż pijanica… To nic… Chwileczkę!… Potem niech je zdepce trud… Teraz wokół charkot, poszept, lica starych babinek postrojonych w czepce; epileptycy, tłum szaleńców wraży, których się człowiek w drodze nierad czepi; nosem łypiący zaduch brewiarzy,  przez psy w podwórza wprowadzani ślepi; wszyscy, żebraczą ośliniając wiarę, ślą nieustanne skargi Jezusowi, którego okien malowidła stare wskroś pożółciły. Próśb ich nie ułowi: śni od wychudłych i opasłych z dala, precz od łachmanów i od mięsa woni. A zaś wybrańsza płynie modłów fala, mistyczność w ton się szczególny rozdzwoni, gdy silny uśmiech i jedwabne szaty z naw się wychylą, w których gaśnie słońce, gdy u kropielnic szereg dam bogaty całują chorzy w długich palców końce.

Artur Rimbaud

Rimbaud_1872

kacio59393

Advertisements