Parę dni temu znajomy zapytał, jaki z utworów muzycznych uważam za najbardziej „seksowny”. Pewnie miał na myśli teledysk z cycatą śpiewaczką. Teraz tak myślę i dochodzę do wniosku, że najbardziej seksownym utworem jest „Time” Pink Floyd. Może dlatego, że w młodości często tańczyłem i kochałem się, fantazjowałem, słuchając tego utworu?

Warto przesłuchać całą kompozycję pod tym kątem. Jest tutaj na wstępie motyw zegara. Zegar to czekanie. Potem pojawia się bicie, przyspieszone bicie, serca, przeciągająca się introdukcja, aż nagle wkrada się w nastrój barbarzyńskie niemal brzmienie gitary, zaburzane arytmią innych dźwięków. Niepokój i podniecenie. Niepokojąco długie, wydłużone. Czekanie. Gra wstępna. I nagle wybuch, łapanie rytmu, mocne, intensywne. A potem faza ekscytacji z miejscem na dowolne parafilie, gubienie rytmu. Ślizgasz się po najczulszych strunach i przeganiasz motyle trzepoczące mocno skrzydłami. I znowu, na nowo. Po spełnieniu cudowne wyciszenie przy chórku i wokalizacji damskiego głosu. Wyciszasz się.

I puszczasz winylową płytę na nowo.

KatoN

kacio59393
Advertisements