Poznałem go przy Jebenstrasse, wysiadając na Bahnhof Zoo. Wybrałem się na przejażdżkę, aby naocznie i organoleptycznie przekonać się w jakim miejscu ponad czterdzieści lat temu toczyła się opowieść o dzieciach z dworca Zoo. Zaiste nie ma już tutaj nic z tej atmosfery drugiej połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, jaką przesiąknięty był liberalny Berlin Zachodni. Nie ma śladu po ćpunach, kilkunastoletnich narkomankach, które robiły loda nobilnym i statecznym Niemcom w średnim wieku w ich wypasionych mercedesach, aby zarobić na działkę.

Polaka poznać wszędzie. Stał na przystanku i lustrował kosz na śmieci, niczym poławiacz pereł, szukając niedopałków. Przypominał szczura ze sklepu żelaznego; chudy, przyniszczony, rzadka, mało zadbana bródka i ogarnięty mgiełką alkoholu wzrok sięgający gdzieś tam. Poczęstowałem papierosem.

Zaczynał przed sześcioma laty dobrze. Wyjechał z Polski, bo posypało mu się małżeństwo i zaczął pić. Dwie wchodzące w dorosłość już córki. Żona, nauczycielka, znalazła sobie pracę w jakimś znanym insurensie, porzucając szkolne wyzwania. Odżyła. Zaczęła jeździć na szkolenia. Wracała rozpromieniona i coraz więcej czasu zaczęła spędzać w internetach. Zanim zorientował się, że  swą działalność ubezpieczeniową dzieli na równi z pociągiem do przygód, było już za późno. Spakował się i wyjechał do Holandii, później osiadł w Berlinie. Rozwiedli się zaocznie. Poznał tureckiego biznesmena, założyli wspólnie spółkę, porządny niemiecki interes. Wynajmował przyzwoity apartament, pukał Argentynki, Ukrainki, Polki. Był szelest. Po kilku miesiącach dostał obuchem po głowie.  Współwłaściciel zaciągnął na niego kredyt na 60 tysięcy euro. Zaczął pić. Jeszcze więcej, po interesie nie było śladu, zwykłą przykrywka. Znalazł się na ulicy. Zaczął chodzić na jumę. Z czasem wyspecjalizował się w piterach. Fanty sprzedawał za 20% wartości Turkom. Potrafił wynieść z supermarketu kilkanaście butelek dobrej whisky wartej na oko 300 euro, aby je później opylić na mecie za 40 euro. Pił coraz więcej. Zaczął wpadać. Zatrzymywali go kilkanaście razy, w efekcie dorobił się pół roku więzienia w zawiasach na dwa lata. Czterdzieści dni spędził na Moabicie, pół miesiąca w Spandau. Gubiła go wódka. Nie, nie – teraz już nie kradnie. Zbiera puszki, pety, śpi w wejściu do banku. Zna na pamięć rozkład jazdy koleją podziemną. Wie ile kafelek w poziomie i pionie ma każda stacja i jakiego są koloru. Ratuje go to, że ma pochodzenie niemieckie – po ojcu i matce. Zostawił ojcowiznę w Kędzierzynie Koźlu. Pracował tam w zakładach azotowych jako wysoko wykwalifikowany robotnik, operator urządzeń technologicznych. Dzisiaj zarabiałby tam około 4 tysięcy złotych. W Berlinie starcza mu do przeżycia 5 euro dziennie.

Tak. Idzie zima. Ostatecznie – mówi – mam pół roku w zawiasach. Wystarczy, że pójdę na jumę dać się złapać. W Moabicie są cele jednoosobowe. Telewizor, żarcie  potęga, dostęp do internetów. I na miesiąc płacą 38 euro. Chuj wie za co, nie pytaj mnie – śmieje się półgębkiem. Wpadnij tutaj jeszcze kiedyś, pogadamy o literaturze. Jak masz na imię?

Darek – odpowiadam.

Adrian jestem.

KatoN

kacio59393

Reklamy