Polakom ciągle się wydaje, że jak zdemaskują jakieś paskudztwo pod względem moralnym to wygrają sprawę politycznie. Wprost zabawni się ci Polacy, którzy wciąż pokazują wszystkim wspólne fotografie Mołotowa z Ribbentropem jako „dowód”. Cóż to za dowód? Czy świat nie wie, czy zapomniał, że od 1939 do 1941 Rosja była sojuszniczką Hitlera? Przecież zapomnieć o tym niepodobna; świat właśnie za to szanuje Stalina, że nie dał się wyprowadzić w pole, że nie dał się tak głupio sprowokować do przedwczesnego wstąpienia do wojny, jak to uczyniliśmy my. Gdyby Stalin dał się w 1939 roku pobić Hitlerowi, to dziś zapewne nazywano by go powszechnie faszystą, i nikt by oczywiście z nim się nie rachował. Po co także Stalin miał ratować Warszawę, kiedy chciał mieć Polskę uzależnioną od siebie i łatwą do rządzenia? Zburzenie Warszawy znakomicie mu w osiągnięciu tego celu pomogło. Po cóż miał jej więc bronić?

Zdawałoby się, iż stwierdzenie, że zasady moralności nie mają nic wspólnego z polityką wielkich mocarstw, jest stwierdzeniem rzeczy tak ogólnie znanej, że samo poruszanie tego tematu jest niepotrzebne i banalne, a przecież wciąż jeszcze różne koła AK urządzają akademie „Oskarżam”, na których dowodzą, że ten lub ów w polityce postąpił niemoralnie.

kacio59393

Reklamy