Tutaj łowiłem ryby – rzece z odległej przeszłości. Na spadzie orzeźwiamy bose stopy pod wartkim nurtem spiętrzonej w tym miejscu rzeki. Zachód słońca widziany z podwala, strugu, mrowieńca, przyrwy, majowego i smugu… Głowa przy głowie, objęci w pół, żegnamy znikające szybko czerwone słonko zapowiadające swoją barwą wiatry na jutro, a noc spędzimy – no cóż – pod gwiazdami, pośród rdzewiejących łodyg szczawiu, kryjących się w trawie białych kapeluszy kani; nad nami rozmigotane niebo. Leżąc przy sobie na wznak, palcami wyciągniętych dłoni, odgadniemy każdy gwiazdozbiór, potem okryję cię kocem, utulę i poczekam aż uśniesz. Czuwam do rana patrząc na jaśniejące w mroku nocy ciało. Powietrze przetnie cień zbłądzonego gacka, w dali rozlegnie klekot przebudzonego bociana, przestraszony ptak zerwie z gałęzi i z wrzaskiem odfrunie szukając bezpieczeństwa hen daleko. Bladym świtem rozpalę na nowo ognisko, tlące się jeszcze. Obudzi cię zapach kawy zalewanej wrzątkiem. I na dzień dobry powiesz mi, przywołując ku sobie:  jak to dobrze, że jesteś kochanie.

KatoN

kacio59393

Advertisements