Część czytelników ma mi za złe, że nie piszę, zaniedbałem bloga i że zamiast wybrać – jak przystało na porządnego Polaka – wakacje w Grecji, na Majorce, Turcji bądź w Tunezji skąd przywiózłbym trzy walizki zdjęć i chwalił się słitfociami na instagramach, pojechałem sobie sam nad Bajkał. Śpię z reguły pod gołym niebem, jem to co upoluję albo dadzą mi dobrzy ludzie, piję dużo, żeby nie odwodnić organizmu, przebywam pośród Azjatów i jest mi tu dobrze. Zastanawiam się, czy mam po co jeszcze wracać do Polski. Niebo tu piękne, rozgwieżdżone nocą, za dnia szare błękity lubne, komary wielkości kotów, ryby pachną rybami a nie pangą złowioną w ściekach wietnamskich delt. Kobiety zmysłowe, mężczyźni twardzi i serdeczni pozbawieni tej chujowej cechy prawdziwego polaczka, który wraca z Albionu i podchmieliwszy sobie w tanim busiku narzeka i kurwuje na pakistana, który dał mu przecież pracę w ojczyźnie Szekspira. Tak. Jestem wolnym człowiekiem.

kacio59393

Zameldowany jestem przy Prinzenalle 81 w dzielnicy Wedding, części byłego Berlina Zachodniego. Atmosfera multi-kulti – dominują Turcy i kolorowi z Azji oraz Afryki; małe orientalne i dalekowschodnie knajpki serwujące egzotyczne dania i napoje przy ruchliwej ulicy z przedwojennymi kamienicami. Pachnie kebabem i ostrymi przyprawami, jagnięciną, marihuaną i innymi ścieżkami. To paradoksalnie liberalna część stolicy Niemiec. Takie weimarskie Niemcy z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Tam jestem zameldowany i raz na dwa dni przyjeżdżam z wschodniego Marzahnu – enerdowskiego blokowiska, które swoim założeniem i architekturą przypomina mi Tychy. Tutaj dominują biali, z kolorowych spotkać można co najwyżej Cyganów. Mieszkam na pierwszym piętrze dość komfortowego lokalu o powierzchni około stu metrów kwadratowych. Bloki mają coś z pruskiego drylu, czuje się podskórnie ów niemiecki, brandenburski porządek i chociaż spotykani na ulicy czy klatce Niemcy sprawiają wrażenie tolerancyjnych wyczuwa się pewien chłód w ich zachowaniu i dystans do obcokrajowców. Mnie w sumie to nie przeszkadza, co mi tam. Życie w kraju, gdzie mężczyźni są ładniejsi od kobiet, jest trochę zabawne. Niemki są okropne, nieforemne, na dodatek szpecą się jeszcze bardziej tatuażami i percingiem – ilość kolczyków wsadzanych w wargi, policzki, uszy, brwi (nie chcę zgadywać, gdzie jeszcze), za każdym razem mnie zdumiewa. Chyba kaleczą swoje ciało jeszcze bardziej na złość światu za to, że podarował im sporą dawkę brzydoty. A może ich uroda – a raczej jej brak, to kara za wywołanie II wojny światowej i holokaust?..

Parę dni temu byłem w Charite. Dawno temu czytałem opowiadanie Niemki chorej na raka mieszkanki Charlottenburga, która wspominała o wizytach i pobycie właśnie w tej klinice. Teraz sobie przypomniałem wchodząc do kampusu na Weddingu. Niesamowite wrażenie. Kompleks przypominający raczej sanatorium, atmosfera Czarodziejskiej góry, środkiem szeroka aleja wysadzana pięknymi kasztanami, przy pawilonach egzotyczne krzewy. Byłem w Frauenpawilon – oddział onkologiczny. Takie Niemcy lubię, takie Niemcy mi imponują, kunszt, precyzja, nauka. Pomyśleć, że ci sami Niemcy, którzy potrafią stworzyć takie warunki do leczenia i kształcenia lekarzy, ten rodzaj niedościgłej atmosfery, są zdolni, czy byli zdolni, zabijać także ludzi w imię chorej ideologii rasy albo robiąc eksperymenty medyczne na ludziach. Akurat ta placówka na Weddingu nosi imię Rudolfa Virchova a jego znam z kilku powodów. Po pierwsze zetknąłem się z nim czytając o fantasmagoriach Łysenki, który poddawał krytyce teorię komórkową stworzoną właśnie przez Virchova – radziecka nauka Niemca traktowała jako reakcjonistę i burżuja. Po drugie w Mikołowie jest apteka jego imienia oraz tablica poświęcona właśnie jemu. Podczas epidemii i głodu dał się poznać w II połowie XIX wieku jako wielki przyjaciel Polaków – niósł im pomoc i leczył.

Wieczorami siedzę na balkonie, palę papierosa i patrząc na  zmierzchające niebo, po którym krążą srebrzystymi gołębiami schodzące do lądowania na berlińskich lotniskach samoloty, myślę o kobiecie, przypominam sobie kształty ciała, przywołuję w pamięci wspomnienie jej głosu i zapach włosów. A potem się kładę i moje myśli stają się coraz to bardziej  śmielsze i nieprzyzwoite.

KatoN

kacio59393Bo ja jestem kimś w rodzaju średniowiecznego wojownika za wiarę. Syberia łechce moją dumę. Spędziłem kiedyś zimę w Krasnojarsku. Mało, że na termometrze było minus 40, to jeszcze mieszkańcy zabawiali się, rzeźbiąc ogromne postaci z lodu. Pisałem książkę o szefie krasnojarskiej mafii i całymi dniami rozmawiałem z bandytami i policjantami. To było arcyciekawe, a pani pyta, po co mi Syberia… Jakie tam mamy rzeki, weźmy Podkamienną Tunguzkę – od samej nazwy krew się w żyłach ścina. Na Ałtaju miejscowi harcują na niedużych koniach. Zupełnie jak Indianie w XVII wieku, tyle że zamiast łuków mają strzelby. Zorganizowani są w bandyckie artele, hodują jelenie, których rogi sprzedają po 3 tys. dolarów za kilogram. A nasze lasy cedrowe! Czerwony cedr jest twardy jak żelazo, w ognisku pali się nocą wolno i daje wonny narkotyczny dymek. W okręgu Chanty-Mansyjskim jest gaz, a ziemia należy do karłowatego narodu Chantów. Nauczyli się procesować o swoje, wzbogacili, mają supernowoczesne motorówki, ale włosy zaplatają w warkoczyki jak starzy Chińczycy… Rosjanom potrzebna jest przestrzeń, tylko wtedy się dobrze czujemy. Europa jest mała i sterylna, Napoleon nazwał ją krecią norą. Wielkie wydarzenia możliwe są tylko u nas, dlatego Napoleon i Hitler tu się zapuszczali. A problemy wewnętrzne są wszędzie, spokój jest tylko na cmentarzu. Europa upodabnia się do cmentarza, czystego i przytulnego. Ale zjedzą ją Arabowie, Turcy, Afrykanie. I słusznie zrobią. Polska i Rosja mogłyby podzielić się Ukrainą. Damy wam Lwów, męczcie się z nim, a sobie weźmiemy Donbas i Charków. Zgoda?

kacio59393

Reklamy