Ktoś, kto nie tańczył w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, przytulając się do młodej dziewczyny, tego kawałka, chuja wie o tańcu. Jakaś palma stała obok meblościanki – wymuskana, zadbana przez rodziców, którzy akurat byli na wyjeździe i chata była wolna. Zmienialiśmy się partnerkami, dziewczęta piły wino – corę – a między nami krążyły kieliszki z wódką. Jarzębiak, żytnia. Dym papierosowy flirtował z sufitem, romansował z wybrzuszonymi firankami. Pamiętam ich imiona. Na stoliku stała sałatka jarzynowa, pokrojona wędlina, krakersy, paluszki, kawa w szklankach i herbata. Tańczyłem z Anką K. Miała czarne, upiornie czarne włosy. Jej smoliste włosy dotykały moich policzków. Robert gibał się z Jolą, Artur z Beatą. Miały wełniane spódnice. Tak, to była zima. I rozpięte z gorąca bluzki, mlecznojasne piersi unosiły się , dygotały. Ściany pokoju ozdabiały plakaty Jethro Tull, Middle of the Rod, Omegi. Cudownie było tańczyć Dziewczynę o perłowych włosach, naprawdę.. Miałem w ustach papierosa, jarzył się, trzymałem ją za biodra, położyła głowę na ramieniu, krucze włosy pachniały rumiankiem, a czarne oczy błyskały iskrami spoglądając na mnie, pytając, czy wiem gdzie i z kim jestem. Nie, nie. Dziewczęta się szanowały. Pozwalały się jedynie macać – owszem, chwycić za cycek i pocałować, poocierać się, ale nic więcej. Grzecznie odprowadzaliśmy je po potańcówce do domu, nienaruszone. Cnotę oszczędzały. Było fajnie.

Wracaliśmy i piliśmy do końca już w męskim towarzystwie.

Rano rzygaliśmy jak koty.

KatoN

kacio59393

Advertisements