Trwa ogólnonarodowa dyskusja na temat zdolności obronnych Polski, jej miejsca w sojuszu obronnym, wyposażenia polskiej armii, kondycji wojska. Nie wypada, żebym w tak ważnej kwestii nie zabrał głosu i ja. W przeciwieństwie do wielu wypowiadających się na tematy związane z wojskiem – byłem w armii, dwadzieścia dwa miesiące czynnej służby, od sierpnia 1982 roku do czerwca 1984.

Byłem żołnierzem drugiej co do wielkości armii Układu Warszawskiego; Polska miała wtedy półmilionową armię, służba wojskowa była zaszczytem i obowiązkiem każdego zdrowego na ciele i umyśle Polaka. Od wojska migali się jedynie świadkowie Jehowy, narkomanii, pacyfiści i inna żulia. Tak się składa, takie mam wrażenie, że dzisiaj najwięcej do powiedzenia w kwestiach militarnych mają ludzie, którzy w życiu nie wąchali prochu, którzy nie przeżyli zajęć taktycznych, którzy ani razu nie pełnili służby wartowniczej, którzy nie znają zapachu żołnierskiej sali o piątej rano… W ciągu dwóch lat spędzonych w jednostce wojskowej nauczyłem się wielu nowych rzeczy – jedne były dobre, inne złe. Nigdy jednak nie żałowałem czasu spędzonego w garnizonie, na przebazowaniach, wartowniach, zakrytych posterunkach obserwacyjnych, i nie uważam, że były to stracone miesiące.

Podstawowym zadaniem żołnierza jest wykonywać rozkazy przełożonych i w razie konieczności eliminować wroga wszelkimi dostępnymi środkami, a mówiąc obrazowo i bez ogródek – zabijać nieprzyjaciela. Obok zabijania i posłuszeństwa uczyłem się innych bardzo ważnych dla młodego mężczyzny rzeczy – ścielenia łóżka, chodzenia w szyku, pisania listów i oswajania tęsknoty za narzeczoną. O tym między innymi będzie można przeczytać już w najbliższą niedzielę w specjalnym wpisie poświęconym wojsku. Zachęcam gorąco!

KatoN

72b58fea8b

kacio59393

Reklamy