Rok 1986. Ciemne mroki komunizmu w Polsce, szalejący terror, jarulezelszczyzna, wg współczesnych dziobatych doktorantów z Instytutu Pamięci Narodowej życie na terenach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nie powinno wtedy istnieć. Czerwiec, sobotni poranek, wolna sobota. Dzień wcześniej z żoną odstawiliśmy potomstwo w postaci dwuletniego syna do moich rodziców, dziadków, celem przechowania, kukułcze jajo. Dziecko darło ryja za wyrodnymi rodzicami, ale dało szybko przekupić się smakołykami babcinymi. Wszystko sprowadza się do ceny.

Cudowny, czerwcowy poranek, z piwnicy wyciągamy wigry dwa i wolnobieżkę. Kierujemy się na Karolinę, gdzie czekają na nas Artur i Dorota, podobnie uzbrojeni w cyklistyczny oręż. Ojej, ojej, jak to popisujemy się na starcie, mknąc w kierunku Kobióra. Dziewczęta spokojnie, pukając się w czoła, pedałują – ich rowery obładowane są wiklinowymi koszami. Są takie młode i rozpromienione, z rudymi włosami i krągłymi pośladkami, kołyszą się na wąskich, rowerowych siedzeniach, piersi skaczą rytmicznie i nieprzyzwoicie. My się wygłupiamy, ścigając. Jedziemy na Pszczynę. Ruch jest niemrawy, szosą przemierzają od czasu do czasu jowialne i majestatyczne syrenki, fiaty, warszawa, polonezy i jakieś zagraniczne audi i mercedes.

Często robimy popas. No przecież, dziewczęta wyciągają carmeny i raczą się w pojemne płuca. Jedna ładniejsza od drugiej w strugach wschodzącego słońca, rosa ustępuje, a czerwcowe łąki kwiecą się nieprzyzwoicie. Obie garściaste. Artur ma podobne upodobanie do mojego, chociaż jest mniej stały, bardziej kochliwy, dziewczyny jakoś nie trzymają się go, a może na odwrót. Ale z Doroty jest sztuka dorodna – chodził z nią ponad rok, co jest rekordem.

Za Pszczyną kierujemy się na Goczałkowice Zdrój, odbijamy w prawo w wąską uliczkę, przejeżdżamy obok budynku sanatoryjnego, w którym przed dziesięcioma laty, jako nastolatek, spędziłem prawie trzy miesiące poddawany intensywnej rekonwalescencji po kontuzjach nabytych w wypadku samochodowym. Dojeżdżamy ocienioną aleją do akwenu. Rozłożone koce, drewniany pomost, plastykowy pojemnik o pojemności pięciu litrów z piwem. Dziewczyny w krzakach zdejmują bluzki i zakładają opalacze, jakbyśmy wcześniej cycków nie widzieli… Palimy niebieskie caro. I zakładamy się, kto dalej przepłynie. Woda jest ciepła. Rozkładamy turystyczne szachy i obaj już na wstępie czujemy się zwycięzcami. Dziewczyny ukradkiem spoglądają na nasze smukłe sylwetki, wąskie biodra i dają niespodziewane całusy, że niby tylko tak.

W wiklinowych koszykach czekają na nas pieczone ziemniaki, pieczeń wieprzowa, kurczak, sałatki, termos z kawą. Wszystko w czasie się rozchodzi, wszystkiego ubywa.

Najważniejsze będzie zaraz.

Nabierając kolorów, złocąc się, obgadują, jak to kobiety, leżąc na słonku. Ważki siadają na sitowiu. Gramy w skojarzenia – ja z Dorotą w parze przeciwko Gabrysi i Arturowi. Idziemy łeb w łeb. Potem są karty. Kanasta. Blotki lepią się w palcach od kurzęcego tłuszczu. Wreszcie zasypiamy, ku uciesze trucizn, na słonku po piwie.

Mam dziwny sen. Że za parędziesiąt lat, kiedy będę już stary, czekam na tej małej stacyjce z kilkoma frezjami w ręku, na kobietę, która wysiądzie z rozgrzanego wagonu na uśnieżony peron. Całuje mnie na mrozie. Lokomotywa podjeżdża raz za razem i scena powtarza się w nieskończoność.

Budzimy się i siedząc na drewnianym pomoście, dopijając resztkę piwa ciepłego, z dala od dziewcząt, omawiamy podziemną robotę. Wiedzą obie, że teraz nie warto nam przeszkadzać, że niczego się nie dowiedzą. Skaczą do wody, wypełzają na drewniane deski i siadają okrakiem na naszych biodrach.  Mieniące się w słońcu krople kapią z włosów na nasze ciała, śmieją się i całują. Wkrótce obie oznajmiają – my jedziemy z rowerami pociągiem, jesteśmy zmęczone. A my? O nie, jak to?! Wracamy tak, jak przyjechaliśmy. Fason.

Więc dobrze, zostawiamy je na peronie, pociąg z Bielska ma iść za trzy kwadranse, a my jazda. Pedałujemy dziarsko. Na wysokości dworca kolejowego w Pszczynie dopada nas gradowa chmura. Nagle. Niespodziewanie. Jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Dopadamy dworca, chronimy się przed ulewą. Pani zawiadowczyni z czerwonym lizakiem w ręce patrzy na nas litościwie. Proszę panią – mówię – czy możemy zadzwonić z pani służbowego telefonu?

Na peronie  stacji w Goczałkowicach Zdroju ani śladu i słychu o ulewie. Samotne, dwie młode kobiety czekają z rowerami na przyjazd pociągu. Nagle megafon oznajmia: Uwaga, uwaga, pani Katonowa proszona jest do dyżurki! Uwaga, uwaga, pani Katonowa, proszona jest do dyżurki!..

Kupiły nam bilety, w Pszczynie dołączyliśmy do roześmianych, nieprzemoczonych.

KatoN

kacio59393

Reklamy