Śnieg podobny do styropianowych kulek unosi się na wietrze nie kwapiąc się do zetknięcia z brudnym, pozbawionym jeszcze zieleni,  kwietniowym podłożem. Psy kurtuazyjnie okazując nawzajem psią etykietę obwąchują się przed bramą z kutego żelaza. Wąchają się pod ogonami szukając ze smakiem i niespiesznym znawstwem w pamięci zapachu wciśniętego w olbrzymią paletę-macierz, porównują woń z pasmem innych odorantów na matrycy ukrytej w psim mózgu. Zdjęcie Cortazara z papierosem w zaciśniętych ustach i drugie – flejtuchowaty, roześmiany i programowo nieogolony Bukowski z butelką przeciętnej whisky w dłoni. Pociągane za smycz przez właścicieli, patrząc na siebie żałośliwie, psy rozstają się i już wkrótce, zapominając o sobie, przywierają nosami do burej ziemi. No owszem. Ma germańskie rysy. Bez wątpienia. I ten szczery, łobuzerski, drwiący uśmiech. Wszystko w życiu ma swój kres. Umarł 9 marca. W dniu moich urodzin. Czy istnieje coś takiego jak wspomnienie z przyszłości albo co się dzieje ze wspomnieniami, o których już nikt nie pamięta? A jeśli tak, to gdzie się one podziewają? Przełknąłem tęgi haust trucizny. Rimbaud. Miałem pięćdziesiątkę na karku i od czterech lat nie byłem w łóżku z kobietą. Nie miałem żadnych przyjaciółek. Kobiety widywałem jedynie na ulicy lub w innych miejscach publicznych, lecz patrzyłem na nie bez pożądania, z poczuciem, że nic z tego nie będzie. Onanizowałem się regularnie, ale myśl o jakimkolwiek związku z kobietą – nawet nie opartym na seksie – była mi obca. To z kolei Charles. Idę zmoczonym chodnikiem. Jeden z psów trzymany nadal przez właściciela na smyczy, rottweiler, sra na czymś, co już za parę tygodni stanie się obfitą trawą, w tej śmiesznej pozycji jaką przyjmują srające psy (przypominają mi wtedy szczura – nie pytajcie dlaczego, sam nie wiem), z błogim wyrazem oczu i twarzy. Pyska przecież. Mordy. Mam wrażenie, że psia defekacja jest dla zwierzęcia tym, czym dla większości ludzi bywa orgazm. Cielesnym zadowoleniem. A może się mylę? Na asfalcie zamazany, kredowy kontur gry w klasy. Dziewczynki wczoraj rzucały kamień i podskakiwały na jednej nodze. Było naprawdę ciepło i słonecznie. Brunetka miała spięte w koński ogon włosy, kraciastą spódniczkę i zakolanówki, bluzę z kapturem porzuciła na chodnik. Rosły jej piersi. Krótko obcięta blondynka przyglądała się uważnie skaczącej. Była jeszcze płaską deską. Jeden wielki zamiar. Bycie w możności. Ale pociągająca. Zaszczekał. Pies zaszczekał po zrobieniu kupy. Może na mnie. Chyba. Nie odwracam głowy. Pustka. Pozbawione życia miasto w południe wielkanocnej niedzieli. Komunikat na przeźroczystej ścianie przystanku. Autobusy wybranych linii kursują jak w dni świąteczne. Moje oczy już nie są tak sprawne jak dawniej – żeby przeczytać druk zakładam okulary. Pamiętam Wielkienoce z dzieciństwa. To dziwne – pamiętam święta sprzed ponad czterdziestu lat a nie wiem jak spędzałem je zeszłego roku. Pamięć. Istnieje chyba tylko dlatego, że zachodzą zmiany. Zmiany z kolei wywołują czas. Coś co jest niezmienne istnieje poza czasem. Nie potrzebuje go. Dlatego tak trudno zrozumieć intuicyjnie istotę jaką jest Bóg. Tam gdzie nie ma czasu, nie ma też pamięci, bo wszystko dzieje się naraz. Wiecznie. Patrzę na zegarek. Kwadrans do przyjazdu czwórki. Nie chce mi się jechać. Nie chce mi się żyć. Na moment, wstaję z ławki i wracam przez styropianowy śnieg, który rozwiewa się już mniej intensywnie. Z bramy kamienicy wychodzi podlotek bawiący się wczoraj w klasy w towarzystwie dorosłej kobiety. Najpewniej matki. Idą do kościoła? Kłania się śmiejąc i radośnie pozdrawiając Wesołych świąt! Wyrośnie z niej piękna kobieta, a może zbrzydnie? Dorosłość ją splugawi? A może przechowa w pamięci na długo, na zawsze?, tę chwilę, ten moment, sytuację, wspomnienie, że idąc kiedyś, dawno, w dzieciństwie, na mszę, przed swoim rodzinnym domem pozdrowiła starego człowieka z pustymi oczami, że na krótką chwilę i jej radość udzieliła się  wywołując na jego ustach grymas uśmiechu? Pamięć… Bywa przekleństwem i obroną. Przed szaleństwem i chorobami. Na szczęście nie tylko neurony pamiętają. Komórki pamięci. Wysublimowane i wyspecjalizowane limfocyty, które bez mojej wiedzy pamiętają przez długie lata o maleńkich skurwysynach i w razie czego reagują, żeby się ich pozbyć z mojego ciała; rozproszone w całym organizmie czekają w uśpieniu. Pamiętając. Siadam na łóżku i nalewam wódki do szklanki. W naczynie niepamięci. Wódka. Ucieczka. Morderca pamięci.

KatoN

kacio59393

Advertisements