Spór pomiędzy nauką i religią swoje początki ma w Średniowieczu; to właśnie wtedy pojawiła się teza o istnieniu tzw. dwóch prawd. Miała ona zrazu charakter czysto spekulatywny, ale kilka stuleci później została wykorzystana do walki, zaciętej walki z chrześcijaństwem i dorabiania katolicyzmowi mordy.

Apogeum walki z religią to czasy tzw. oświecenia. Podsycany ciągle spór między nauką i religią od tego czasu wydaje się dzisiaj tracić swą ostrość i ważność z powodu nowych prądów w nauce. Jak to rozumieć? Otóż współczesna nauka – a szczególnie fizyka, a ściślej fizyka kwantowa, paradoksalnie, astrofizyka, zdają się dowodzić, że Bóg istnieje. Dowodem na istnienie Stwórcy są przede wszystkim prawa rządzące Wszechświatem – tym na poziomie cząstek elementarnych i w wymiarze kosmologicznym. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie obstawał przy tezie, że niesłychanie skomplikowany kosmos, rządzony przez wysublimowane prawa i złożoności został poczęty w drodze chaotycznych prób i błędów.

Oświeceniowe zachłyśnięcie się Newtonem legło w gruzach. Newton nie miał racji, że przestrzeń i czas są czymś absolutnym i zdeterminowanym. Dzisiaj już wiemy, że materia może rodzić się z „niczego”, że jedno ciało może przebywać w dwóch miejscach naraz, a czas jest pojęciem względnym.

To właśnie nauka – matematyka i fizyka – poprzez swoje odkrycia dowodzą istnienia Pierwszego Poruszyciela, i to one, bardziej niż teologia, wskazują na Plan. Inna sprawa jak wyobrażamy sobie Boga. Czy jest bytem osobowym, jak zakłada katolicyzm, czy innym, to już sprawa teologii i religii, ale przeświadczenie o tym, że świat począł się bez Stwórcy jest naiwne i anaukowe.

KatoN

kacio59393

Reklamy