Trzepnąłem palcem wskazującym nosek na powitanie – Ładna sukienka.

-Dziękuję.

– Co nie znaczy, że jej zawartość jest mniej interesująca.

– Łobuziak – wtuliła się w ramiona i westchnęła.

Czar pierwszych randek. Szła o pół kroku wprzód obdarowana paroma gałązkami bzu trzymanymi w jasnych palcach i z uruchomionym mechanizmem kołyszącego się tyłka. Oczami oficera armii – niekoniecznie francuskiej – oblegałem żywiołowość namiętnej saragossy, która pod osłoną  miękkiej tkaniny, ufundowana na żywotnych tkankach, na licznych połączeniach ścięgien, mięśni, splotów nerwowych, kapilarnych, dendrytycznych, wyłożona podściółkami i aksamitnym nabłonkiem, wśród misternych  uzależnień i współistnień, tworzyła ten kobiecy cud. Usiadła na nim w wiklinowym krześle z podłokietnikami i wysokim oparciem. Poprosiłem, żeby zdjęła słoneczne okulary. Z niewolniczym posłuszeństwem wykonała prośbę, bojąc się sankcji za niesubordynację.

– To nie był rozkaz.

– Wiem, kochanie. Ale tak lubię bardzo spełniać każdą twoją zachciankę.

Nie przepadam za współczesnymi kelnerami; są młodzi i czuć od nich brak żywiołowości, deficyty oryginalności. Mania wyuczonych zachowań na pobieżnych szkoleniach i treningach „jak zostać wyrafinowanym kelnerem w jeden weekend”. Są przeświadczeni o swoim profesjonalizmie.

– Poobgadujemy ludzi?

– Z przyjemnością.

Trotuar po późno majowym deszczu lśnił pod nogami przechodniów, po kałużach nie pozostało nawet wspomnienie, a nad dachami kamienic dogasała tęcza. Zegar ratuszowej wieży rozcapierzył ramiona na pięć po dziesiątej.

– Mamy cały dzień przed sobą.

Na stoliku stanęła filiżanka z kawą, szklanka napełniona do trzech czwartych wodą i kakao dla mnie w grubym kubku.

– Młody człowieku – zwróciłem się do opasanego w zieleń uniformu kelnera – Bądź tak dobry i zorganizuj flakon, bo mojej pani zwiędnie bez i będzie niepocieszona.

– Służę w tej chwili.

Kiedy odszedł, wybuchnęliśmy śmiechem.

–  Swoim służę „zasłużył” na napiwek.

Ciepło majowego dnia ma w sobie coś orzeźwiającego, jest podobne do atmosfery morskiej plaży, na której pomimo skwaru lejącego się z nieba nie czuć upału, bo równoważy go, a raczej osłania przed nim, rześka bryza ciągnąca od morza, pchana ku brzegowi na grzbietach rozbryzgujących się fal.

– Zauważyłem, że na ulicach coraz mniej wróbli.

– Tak?

– Tak. Pamiętasz, kiedy byliśmy młodzi wróble były wszędzie – ćwierkały i śmiesznie skakały. A teraz? Same kawki i wszechobecne sroki.

– Może masz rację. Nie dostrzegłam tego.

Szliśmy zacienioną alejką trzymając się za ręce. Bez został w przyzwoitym wazonie na parapecie okna kawiarni. Wrócimy po niego. Sukienka nabrała na słońcu niebieskiego blasku mieniąc się sinawymi płaszczyznami; miała półokrągły dekolt i sięgała tuż przed kolana spowite w cienkie i zmysłowe pończochy. Szpilki wybijały rytm na betonowych puzzlach. Zieleń uginała na gałęziach.

– Wierzysz w przypadki? – zapytała przykładając głowę do mojego ramienia.

– Czy ja wiem? Myślę, że na przypadek trzeba zasłużyć. A wiesz, że w 1821 roku urodziło się czterech geniuszy literackich? Tak, w tym roku przyszli na świat: Baudelaire, Dostojewski, Flaubert i Norwid. Może to tylko przypadek?

– A my?

– Co masz na myśli?

– Spotkaliśmy się przez przypadek?

– Nie sądzę. Miłość nie może być przypadkiem.

– Pocałuj mnie.

Miała delikatne, miękkie, podatne usta; wyczułem na nich znikający aromat i smak kawy.

KatoN

10393718_715478975180368_3426778922522785982_nkacio59393

Reklamy