Chmurzaste potwory przegnał wiatr za wzgórzony horyzont; pospadały z nieba mało efektownie i bezrytualnie. Półtorej godziny temu nastała uroczysta cisza. Galaktyczne mleko rozlało się tysiącem mrugnięć. Miał mocny głos, chociaż patrzył pod nogi. Siedzieć musiał niemałą chwilę na rozświetlonym zamrozie, skostniał, usta zsiniały, zrobiły się jagodowe, jak po pierogach z borówkami. Goła głowa, palce rąk bez rękawiczki, pozbywały się resztek ciepła. Widząc, jak wstaje z zaprószonej przyzby, miałem wrażenie, że trzaśnie zaraz, rozsypie, jak delikatna postać rzeźbiona w kruchym lodzie. Staliśmy w milczeniu patrząc na siebie, a w górze beznamiętnie dobiegał Ziemi blask Warkocza Bereniki. Na mój gust za mało chutliwy.

Rozległo się chrzęszczenie zawiasów. Snop światła z wnętrza domu dosięgnął prawego profilu – policzek szpeciła rozległa blizna. Bladość wyziębionej skóry przeraźliwie kontrastowała z pofałdowaną i odrażającą martwicą świeżej oparzeliny. Syknąłem mimowolnie i usłyszałem kobiecy, urywany krzyk. Dziwne, ale nie zareagował w żaden widzialny sposób na naszą paralingwistykę. Spojrzał na nią spod opalonej resztki rzęs, jakby jej długo nie widział. I nie poznawał.

Usiadł z dala od buzującego czerwienią kominka na drewnianym szlufanku, w cieniu, pod oknem. Dotknął mięsistych liści aloesu – stojącego na parapecie w donicy – z których sączył się żółtawy sos mleczny, z zadanych im wcześniej ran ostrym kozikiem. Na stole, w półmisku, spoczywał spory, niedokończony przy posiłku kawał upieczonego przeze mnie parę godzin wcześniej schabu, obłożony plastrami świeżego ananasa i uduszonymi ósemkami trzech szarych renet z gniazdami w miodzie i na maśle, obficie potraktowanych majerankiem. Pieczone ziemniaki kryły się pod srebrną folią.

– Przygotuję ci posiłek – sięgnęła po naczynie.

– Nie, nie! Tylko posiedzę.

– To może gorącej herbaty?

– Tak. Gorącej herbaty.

Rzucał szybkie spojrzenia, które trudno było uchwycić, nawiązać kontakt wzrokowy. Z rękawów kusej marynarki pod grubą baranicą wystawały czerwone rękawiczki z jednym palcem na włóczkowym sznurku przeciągniętym zdaje się przez ramiona. Zapytałem go o imię. Sprawiał wrażenie, że pytanie napełniło go zdumieniem, szukał w pamięci. Najwyraźniej szukał w pamięci swego imienia.

KatoN

0_f17de_2f67d944_XL kacio59393
Advertisements