Sylwester, 31 grudnia

W tym wszystkim jest jakaś żałość i niespełnienie. I może to jest piękne, pociągające, blisko-dalekie? Odległo-tulne? Na nigdy wyciągnięcieręki? Też jej o tym nie powiedziałem, do wtedy – wyobrażałem sobie, że w czasie pełni, latem, w czerwcową noc, czy lipcową, w czasie, kiedy przez wiejskie rozwarte na oścież okno wpada – nie taki lekki przecież – mdlący zapach maciejki, macierzanki pomieszany z piwonią, wychodzi wieczorem na balkon i patrzy w miesiąc zamkniętymi oczami i księżyc chłodzi jej twarz zimnym blaskiem w tę upalną, czerwcową noc. No jasne. Chciałem mieć wtedy twarz satelity. Była dojrzałą kobietą. Pod każdym względem. Biologicznym, intelektualnym, mentalnym, wiedziała czego chce; jeśli szaleństwo – to jednak w kanonie i z zachowaniem środków bezpieczeństwa. Jeden jedyny raz byliśmy jak dotąd razem na sylwestra. Zima w Beskidzie, gdzieś w bajecznej scenerii Zwardonia, Rycerki, a może dalej na kierunku do Żywca? Do wynajętej chałupy dowiozły nas sanie zaprzężone w parę koni; samochód nie dałby rady. Zawieszone przy chomątach dzwonki brzęczały o zmroku, latarnia kołysała się uczepiona przy podpitym woźnicy, który strzelał z bata nad parującymi i kształtnymi zadami siwych klaczy. Miała zmarznięty nos i skrzące oczy podobne do wschodzących na niebie gwiazd. Obejmowałem ją; obleczona w góralską, kuligową baranicę – paniusia se załozy, nie zmaznie – z narzuconą na nogi derką, tuliła się do mnie. Sanna minęła szybko, i dobrze, bo przy każdym zakręcie serce stawało nam w piersiach; powożący nie znał komendy prrr, słychać było tylko wie, wiśta, psiekrwie niedozarte, wie! Szybko napaliłem w kominku. Góral-woźnica-właściciel pomógł mi, pokazał co i jak z prądem, wodą i toaletą, skasował po obowiązkowym droczeniu się dla zasady: panie, wszysko tera takie drogi, niek ślag jich trafi, bestyje jedne, kończył płaczliwie licząc banknoty i czem prendzy podążył do niecierpliwiących się już kobył a potem zaprzęgiem ku najbliższemu szynkowi. Rozgościliśmy się, za szybami stawała noc w ciężkiej hranatowej sukni, kiedy siadaliśmy przy ogniu z gorącymi kubkami aromatycznej kawy w tających dłoniach. Okalały ją włosy. Jej twarz. Twarz jej spowijały jasne włosy. Patrzyliśmy w oczy i w płomienie, siedząc w fotelach i podając z czułością palce. Pomieszczenie napełniało się ciepłem, ciała rozgrzewał gorący płyn, czerwone ognie igrały na kamiennej ścianie; byliśmy bezpieczni, zaryglowani starym, góralskim, wielkim skoblem, oddzieleni od świata. Rozpakowanie było przyjemnością. Z bagaży wyjęliśmy jadło, płyny, alkohol. Szykowała, kroiła, pouczała mnie, co i jak ma być i gdzie na tacach. Byłem taki posłuszny, pilny i uważny. Dawała się całować, mimochodem, nie oganiała się od natręctw moich warg, przeciwnie, sama je kradła, chętnie ocierała pupą o moje przylegające lędźwie. Powietrze nawilgło zapachem starych skór, drewnem, ciepłem, malunkiem szorstkiego mrozu na szybie, świeżym popiołem, zaśniedziałym pogrzebaczem. Zapachem jej włosów. Zapachem jej ciała. Miała chłodne piersi, kiedy stanik – rozpięty delikatnymi ale stanowczymi ruchami moich palców pod wełnianym swetrem – darował im wolność. Rozkołysały się radośnie ciesząc z oswobodzenia. I zaraz oddały w niewolę moich chciwych dłoni. Ze stołu spadł talerz z tartinkami, rozbił kieliszek, rozsypały się orzechy – spadały niemrawo jak drewniane perły z rozerwanego sznura, pojedyncze zdrowaśki laskowego różańca. Ogień buzował w otwartym palenisku, dobrze wyschnięte i twarde bukowe bierwiona strzelały z trzaskiem iskrami. Leżała na stole, stopy oparła o krawędź, upuściła z ręki nóż, który metalicznym dźwiękiem ostrza spotkał się z chłodem kamiennej posadzki. Westchnęła głośno, kiedy włożyłem rękę pod zadartą wysoko spódnicę. Ciepłe, wełniane rajstopy, w sam raz na górską wyprawę. Nie mieliśmy szampana. Madame Bollinger – nawet – nie zdołała nas przekonać do tego trunku. Ów brak nadrabialiśmy przez te trzy dni paroma butelkami wina, flaszką rumu i czystą. Sen dopadł nad ranem, dzwony kościoła w dolinie wzywały na prymarię, kiedy Hypnos zamykał nam powieki.

Nowy Rok, 1 stycznia

Dochodziła północ, zadymka ustała, wiatr ucichł, przestał wreszcie jęczeć w kominie i skrzypieć na goncie. Wtulony w uda drzemałem na kanapie; podkuliła nogi i półleżąc czytała Świętego żeglarza Carpentiera – dostała go w prezencie noworocznym z odręczną dedykacją, co prawda krótką, bo tylko duże „D” wpisałem z kropką, no ale zawsze. Gładziła mnie po włosach od czasu do czasu, dotyk dłoni, ruch, gest palców rozczulał tak dalece, że czułem się niczym mruczący kocur ciotki Matyldy z dzieciństwa leżący na chłodnej kapie wysoko zaścielonego łóżka pod Świętą Rodziną w ozłoconej ramie.

– Kochanie… – poczułem dłoń na policzku – Kochanie, zdaje się, że ktoś puka.

W jej „puka” było tyle samo zdziwienia, co bojaźni. Rzeczywiście. Usiadłem. Najwyraźniej ktoś pukał do drzwi. Wyjrzałem przez okno, ale stąd nie było widać wejścia. Ustało. Noc była widna, rozpogodzona, biel śniegu rozjaśniała rzeczywistość zaokienną.

– Co ty robisz? – w głosie wyczułem daleką nutę strwożenia. Zakładałem kurtkę.

– Wyjrzę na dwór – pocałowałem ją w czoło – Nie wiesz, gdzie latarka?

– Leży na półce. Nie odchodź daleko od domu. Boję się.

Okryłem jej plecy pledem i posadziłem w fotelu przy ogniu obiecując, że tylko „wyjrzę”.

Nie spodziewałem się, że na dworze jest aż tak jasno. Śnieg zaskrzypiał głośno pod butem, mroźne, rześkie powietrze przeszył mój kaszel. Noc była piękna, gwiazdy przytłumione blaskiem księżyca w pełni, który przeglądał się w kryształach śniegu i przezroczach sopli. Nic się nie działo, ustało nawet ujadanie odległych psów. Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się, żeby wejść z powrotem do ciepłej chałupy.

I wtedy go ujrzałem.

Kątem oka dostrzegłem również przez moment fragment jej twarzy za podwójną szybą okna, przemknęło mi przez myśl, że dobrze byłoby zamykać okiennice na noc. Zamazany i zniekształcony, rozmyty wizerunek jej policzków, czoła, choć niewyraźny zdradzał oznaki zaniepokojenia.

To nie było tak, że ujrzałem go jako cień, plamę, czy coś w tym rodzaju. Nie. Siedział na przyzbie w całej pełni i okazałości swojej mizernej postury. Byłem tak zdumiony, że przez moment nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu. Wreszcie zadałem niezbyt mądre pytanie:

– To ty pukałeś?

Pokiwał głową patrząc w ziemię.

KatoN

1598128_1_l

kacio59393

Advertisements