Czuję się w obowiązku przeprosić Czytelników, że lekko zaniedbałem bloga. No ale okres przedświąteczny, święta, okres poświąteczny, kolęda, no i oczywiście podróż do Wiednia.

Guardzia, Tomek i ja witani na peronie dworca głównego w mieście Straussa przez Myfę. Widzicie ten piękny widok? Iwona bez ceregieli oznajmiła: zaczniemy od najcięższego gatunku – golonka to Schweizerhaus w bardzo bliskim sąsiedztwie Prater a właściwie na jego terenie tylko  z boku. Spacerkiem 5-10 minut i wchodzi się w kompleks Prater z huśtawkami pod niebo, młotami drwala itp. Czemu nie? Jadłem jak oszalały, Tomek też się ślinił, dziewczyny wycierały nam serwetkami otłuszczone brody.
Nażarci zostajemy przewiezieni do rezydencji  Kasztanki. Od razu mi się spodobało – przestrzennie, ze smakiem, ale zaraz zapytałem o lokalizację winniczki, nie mógłbym przecież inaczej. Ujrzawszy circa 100 butelek poczułem się bezpieczny i zadowolony. Dziewczęta zostawiły nas samych w pokoju gościnnym, znaczy mnie i Pokera. Tomek zaczął stroić gitarę.
Dziewczęta śmiały się przez ścianę opowiadając sobie pewnie babskie sprawy.
Mniam. Potem weszły przebrane; jedna ładniejsza od drugiej. Wstawać lenie – usłyszałem odkładając butelkę. – Jedziemy na zwiedzanie.
No cóż, włoska kuchnia, czyli tam gdzie serwują najpyszniejszą tometensuppe i cielęcinę z sosem cytrynowym i sorbet cytrynowy. Nie pamiętam adresu. Na Stephanplatz koniecznie musieliśmy spróbować pieczonych kasztanów (maroni), sprzedawanych w maleńkich budach.
Guardzia uparła się na kawę. No to wylądowaliśmy w kawiarence Glorietta w Schönnbrunn. Pachniało. Nie powiem.
A już po powrocie zaczęliśmy dyskutować i planować podróż nad Bajkał. Tomek na gitarze  zanucał rosyjskie dumki a ja z długopisem w ręku rozpiskę robiłem w kajeciku. Zaplanowaliśmy wszystko. No, mam nadzieję, że wszystko.
Przyszły rok zapowiada się ciekawie i obficie.
KatoN
kacio59393
Advertisements