Na jednym z blogów – nie po raz pierwszy zresztą – doszło do incydentu, a właściwie istotnego zdarzenia o charakterze wstrząsowym i w rezultacie do wstydliwego samozamknięcia się przed światem. Czy powinienem z tego powodu poczuć satysfakcję a przynajmniej rodzaj Schadenfreude? Powie ktoś – te hektolitry pomyj wylewane pod moim adresem, już samo to powinno mnie nastrajać do odwetowej satysfakcji. Otóż nie. Żal mi tych ludzi. Naprawdę. Przez lata samogwałcąc własne: świadomość, emocje, a zapewne i uczucia, doszli do linii, gdzie nie ma już nic oprócz krzyku rozpaczy. Bo w istocie czymże jest obnażanie się w miejscu publicznym jak nie wielkim wołaniem o pomoc, chęcią zwrócenia uwagi nawet za cenę utraty twarzy i wstydu?

Z chrześcijańskim spokojem i pokorą znosiłem próby dezawuowania mnie, ponawiane co i rusz przez osoby cierpiące na mentalną histerię, nadpobudliwość emocjonalną; serwowane szklanki zimnej wody nie przynosiły im ulgi – ciecz gotowała się w rozhisteryzowanych ustach i wylewała na zewnątrz wrzątkiem nikomu niepotrzebnych oskarżeń, pomówień, plugastw. Owszem. Doraźnie takie zachowanie mogło przynieść ulgę, wyciszenie, rozładowanie napięcia. Chwilowo tak, a potem znowu jazda.

Dla uważnego czytelnika najbardziej zabawnymi były ponawiane próby przeniesienia konfliktu o podłożu interpersonalnym na płaszczyznę polityczną. Próba stawiania zasłony dymnej, makijażu bitewnego na polach metapolityki. Oto bowiem strona przyłapana na kłamstwach, chcąc bronić własnych pozycji, chcąc odwrócić uwagę od istoty sporu, zaczęła stroić się w patriotyczne kontusze, dąć w patriotyczne surmy bojowe, zarzucając mi jurgielt i służenie obcym interesom. Tak właśnie. Zarzucano mi zdradę interesów narodowych. I to tylko dlatego, żeby przykryć kłamstwa, braki lojalności i deficyt elementarnej przyzwoitości.

Są dwa sposoby na szaleńców. Zabić albo przeczekać. Z natury, co widać po moim dorobku blogowym, usposobiony jestem pokojowo – nie lubię niepotrzebnych bitew, wojen, naparzania się… Dlatego szaleństwom daję się wykrzyczeć; szaleniec wcześniej czy później sam się powiesi. Mentalnie. Na czas jakiś. I wraca. Powisi na konopnym wirtualnym sznurze i kiedy już uzna, że nawisiał się wystarczająco – wraca. Gdyby było inaczej wysadziłby blog w kosmos, a nie „zawieszał” działalność, czyż nie?

Z tego świata trzeba po prostu umieć odejść. Nawet z tego blogowego.

KatoN

10526061_521706434628222_8091706863218852507_n

kacio59393

Reklamy