Dopiero później dowiedziałam się od niego, że przyjechał tego samego dnia. W poniedziałek rano. Nasz autokar zajechał na parking tuż przed obiadem. Zobaczył mnie, kiedy odbierałam bagaż od pilota. Siedział na tarasie restauracyjnym popijając wino i „wpadłam mu w oko”, jak to określił. Nie wiem. Byłam zmęczona po kilkunastu godzinach jazdy w mało komfortowym pojeździe, był upał, miałam potargane włosy i sportowy strój. Nie wydaje mi się, żebym wtedy wyglądała super atrakcyjnie, ale kiedy to usłyszał ode mnie powiedział tylko zdawkowe „głupia”.

No owszem, na kolacji już tak. Wzięłam kąpiel po zakwaterowaniu, odpoczęłam, wybrałam się na wieczór integracyjny w letnim, lekkim kostiumie. Nie widziałam go tego dnia. On twierdzi, że siedział na peryferiach sali, sam, i od razu mnie rozpoznał. I rzeczywiście musiało tak być, bo podał dokładną godzinę, kiedy opuściłam hotelowy hol zmierzając na odpoczynek do pokoju. Było dobrze po północy, towarzystwo rozbawione. Nie, nie widziałam go, nie pamiętam, on twierdzi, że czekal w grupie stojących przy windzie.

We wtorek od rana, zaraz po śniadaniu, zaczęły się wykłady. Męczące to wszystko, trudno było spokojnie wysiedzieć widząc za oknem plażę i grzywy fal. Po południu poszłam wreszcie na piasek, słońce przyjemnie piekło a bryza orzeźwiała ciało, wiatr plątał się we włosach. Tak, to było wtedy. Nie przykuł mojej uwagi, ale pamiętam go, leżał na kocu i czytał książkę. To właśnie ona zwróciła moją uwagę – była wielka. Nawet pomyślałam, kto na plażę chodzi z taką „encyklopedią”, rozbawiło mnie to.

Po kolacji zostałam na dole. Były tańce, śmiechy, nadmorska atmosfera. Wszyscy korzystali z okazji jaką niesie kanikuła, nawet jeśli jest się na wyjazdowym szkoleniu. Poprosił mnie do tańca. Miał na sobie letnią marynarkę, granatową koszulkę polo i jasne spodnie, ładnie pachniał. Tańczyliśmy dwa razy, nic nie mówił poza kurtuazyjnymi skąd, po co, na ile i że piękna pogoda. A tak – powiedział jeszcze, że mam jasne dłonie, kiedy całował  rękę na dobranoc.

Potem przyszła środa. Od rana znowu szkoleniowy kierat, dobrze że salka konferencyjna była klimatyzowana. Po obiednim posiłku jakiś wyjazd kulturowo-krajoznawczy, nie miałam kiedy pójść nad morze, chociaż brzeg był trzydzieści metrów od schodów prowadzących do hotelowego parku. Po kolacji znowu parkiet. Tańczyłam ze znajomymi. Tak, wyszukałam go wzrokiem, siedział jak zwykle na obrzeżu, pod oknem, palił papierosa i przeglądał swoją cegłę. Usmiechnęłam się w duchu. Nie wiem dlaczego, ale podeszłam do niego z jakimś banalnym pytaniem. Wstał, przywitał się i wskazał zapraszająco krzesło. Rozmawialiśmy. Nawet długo. Właściwie to ja mówiłam, on słuchał, ale słuchał aktywnie. Wypiłam dwa drinki i zaproponawałam „zatańczymy”? Odsunął krzesło, zgasił papierosa i poprowadził mnie ku muzyce. Oparłam głowę na jego ramieniu, czułam jego dłoń na plecach i policzek na swojej skroni. Zapytał, czy będę jutro. Pokiwałam głową. Podobało mi się to. Podobała mi się ta jego „oziębłość”, „chłód”, ale taki czuły, ten rodzaj męskiej nienachalności, który zaciekawia. Był bardzo inteligentny, chociaż oszczędny w słowach, czuło się wielkie oczytanie, rzucał krótkie jak sentencje uwagi podsumowujące temat czy zjawisko z nutą cynizmu, sarkazmu, ironii. Podobało mi się. No i nie obmacywał mnie, nie ślinił się, choć wyczuwałam, że przyciągam go jak magnes. Te jego palce na plecach. Nie. To nie był zwykły, zwyczajny dotyk. Pożegnaliśmy się przy windzie.

W czwartek wreszcie przed południem mogłam wyjść na plażę, wzięłam leżak, było cudownie. Mewy wariowały nad głową, błękitu nieba nie strzępiła ani jedna chmurka, wiatr owiewał nogi, piersi, ale miałam wrażenie, że coś „wisi” w powietrzu. Dziwne. Pomyślałam o nim, nawet rozejrzałam się po plaży, ale „człowieka z wielką książką” nie było. Po popołudniowych zajęciach spóźniłam się na kolację. Długo czesałam włosy, staranniej dobrałam ubranie i na makijaż poświęciłam więcej czasu. Koleżanka złośliwie zauważyła „co, randka?”. „Głupia” – wzruszyłam ramionami.

Już nawet nie podeszłam do „firmowego” stołu ze znajomymi, ale usiadłam od razu przy nim. Rzucił jakiś komplemet. Nie, nie, nic w stylu pięknie wyglądasz. Już nie pamiętam co dokładnie, ale coś oryginalnego, w jego stylu. Rozmawialiśmy o kinie, mówił o swoim dzieciństwie, tak jakoś bardzo ciepło, o książkach i kiedy już tańczyliśmy – wtedy przyciskał mnie już o ton mocniej niż dnia poprzedniego – zapytał, dlaczego nie pływałam. Odsunęłam się na moment, żeby popatrzeć mu w twarz, zaskoczył mnie. Widziałem cię przez okno, leżałaś na plaży, ale nie weszłaś do wody – powiedział spokojnie. Jakoś nie miałam ochoty – zrobiło mi się miło na sercu, nie wiem dlaczego. Pół tonu mocniejszy uścisk i dłoń kilka centymentrów niżej na plecach. Była na granicy pleców i pupy, przynajmniej takie miałam wrażenie. Chcę ci coś powiedzieć – usłyszałam tuż przy uchu. Poczułam, że rozgrzewają mi się policzki. Tak? – przełknęłam ślinę. Ale zostanie to między nami, prawda? – budował atmosferę. Trzeba przyznać, że robił to perfekcyjnie. Ciekawość zaczęła mnie zżerać. Jego dłoń była już na prawym półdupku. No proszę, mów – ponagliłam. To co usłyszałam oszołomiło mnie, jego bezpośredniość i spokój z jakim wypowiadał te słowa poraziły mnie i w tym samym stopniu podnieciły. Tak, podnieciły. Powiedział…

Tańczyłam z nim przy tej muzyce (…).

KatoN

kacio59393
Advertisements