Wróciłem z piekarni, kupiłem pieczywo na dziś i jutro. Chleb, bułki i dwa rogale. Miałem dość dziwny – dziwaczny – sen; śniło mi się, że ktoś z internetów zaproponował mi przystąpienie do projektu cała Polska odmakdonaldyzowuje się. Akcja jak akcja, ale warunkiem przystąpienia do inicjatywy było złożenie przysięgi na krucyfiks i zaśpiewanie hymnu narodowego. Wahałem się, ale postanowiłem pójść pod wskazany adres i przystąpić do sprzysiężenia. Lokal mieścił się na pierwszym piętrze kamienicy z czerwonej cegły, świetnie utrzymanej, widać było, że mieszkają tu dobrze sytuowane lokalne osobistości. Jak to w snach bywa zazwyczaj idąc ulicą natknąłem się na szalenie niedorzeczne zjawiska – krowy ze srebrnymi dzwoneczkami w szalikach i na smyczy (zamiast łańcucha) prowadzone na spacer przez dystyngowane damy w kapeluszach (z tymi śmiesznymi parasoleczkami w stylu Małgorzaty Braunek), niewidome dzieci maszerujące gęsiego z dłońmi na barku poprzednika pod ścisłym nadzorem kilku niehigienicznie wyglądających bab z drągami w rękach. Za rogiem mała sensacja – limuzyna wjechała do drogerii, stróże porządku gorliwie oblepiali przechodniów taśmą policyjną, zakładali kajdanki, na szczęście przemknąłem niezauważenie.

Zapukałem do drzwi umówionym szyfrem. Otworzył jowialny mężczyzna w poplamionym podkoszulku z biało-czerwoną opaską na gołym przedramieniu i rechocząc przenikliwie kazał iść za sobą. Trzymał w prawej dłoni kubek ze stylizowanym napisem społem, znanym mi od wczesnego dzieciństwa z barów mlecznych, kołysał biodrami skręcając co i rusz w przedziwne korytarze – wąskie, szerokie, krótkie i długie, powietrze przesiąkało zapachami, na przemian czułem zjełczałą woń serów, świeże powiewy alpejskiej łąki (może dlatego krowy?), przypiekaną rybę, swąd nadpalonych mebli, urynę z wywróconego metalowego nocnika. Szliśmy i szliśmy. Na ścianach wisiały portrety Kościuszki, Lennona, Teresy z Kalkuty i cały szereg awatarów, pierdyliardy nicków mniejszych i większych, w złoceniach, perukach, animowanych i zastygłych. Nie śmiałem pytać czy daleko jeszcze. Grubas w zarzyganym ażurowym podkoszulku na ramiączkach był straszliwie pewny siebie, sprawiał wrażenie kogoś naprawdę ważnego i zacząłem przypuszczać, a nawet zdawać sobie sprawę, że rola odźwiernego to jedynie przykrywka, kamuflaż, bo tak naprawdę mam do czynienia z szychą i grubszą fiszą. Na opasce miał wyhaftowaną złotą nicią nazwę zgrupowania, w każdym razie czegoś w tym rodzaju, nici kłębiły się tworząc małe ale wyraźne kutasiki dyndające na bieli i karmazynie, pstre pomponiki. Przełknąłem ślinę. Bałem się. Poczułem ten podniecający rodzaj lęku jakim przesiąknięci bywają ludzie z głębokiej konspiracji. Czy wydadzą mi broń? Będę miał styczność z koktajlami Mołotowa? Czy każą podczas chrztu bojowego spalić budynek McDonald’s na rogu Bielskiej i Jaśkowickiej?

Przebudziłem się, coś mi przerwało sen, zobaczyłem dwa niewyraźne cienie znikające za szybą zamkniętych drzwi pokojowych. Zerwałem się z wyrka pełen niepokoju. Zszedłem do kuchni, zapodałem mjuzik, wcisnąłem w siebie gulasz z konserwy, poprawiłem jajecznicą z pięciu jaj na podgardlu, wypiłem herbatę, puściłem srogiego bąka, ziewnąłem, zapaliłem i doszedłem do wniosku, że warto przejść się do piekarni. Wracając ze sklepu spotkałem odźwiernego. Uśmiechał się nadal i nie zwracał na mnie uwagi. Tak, to był on! Żadne tam deja vu.

Nie mam pomysłu na dzisiejszy dzień. Sen wytrącił mnie z równowagi. Zdrzemnę się, poczytam, może spacer i tak zleci do kolacji. Wieczorem będę klikał na fb, a potem zasnę. Kto wie, może tej nocy doprowadzi mnie na miejsce zbiórki?

KatoN

kacio59393
Reklamy