Tym terrorystom patriotycznej opinii po prostu nie przychodzi do głowy, że ktoś może samodzielnie – może błędnie, ale na własny rachunek – myśleć, analizować, wyciągać wnioski, tylko zawsze musi być albo agentem, albo tchórzem, albo co najmniej kimś zmanipulowanym.

kacio59393

Naturalnie, to tylko impuls czy może „błysk iluminacji” dopełniający ciąg refleksji, której sedno można sprowadzić do tego, że polski patriotyzm jest poważnie chory, i to od dawna.

Kiedy czytam teraz na różnych forach komentarze wymyślających mi „patriotów” – oczywiście zawsze anonimowych, co jest szczególnym przejawem odwagi cywilnej – to widzę, że myliłem się sądząc, że objawy tego schorzenia dotykają jedynie środowiska „pisowskie”, uchodzące za neopiłsudczykowskie (co moim zdaniem jest mistyfikacją, ale mniejsza o to), bo widać, że toczą one również tych, którzy uważają się za spadkobierców Dmowskiego albo przedwojennych i wojennych organizacji narodowo-radykalnych. Ta choroba toczy polski patriotyzm od dawna, może jeszcze od czasów przedrozbiorowych, a na pewno od tzw. Wielkiej Emigracji, kiedy to, jak wiadomo, w pewnym momencie prefekt paryskiej policji poczuł się zmuszony zakazać swoim podwładnym werbowanie agentury pośród emigrantów, bo masa ochotniczo składanych (często wzajemnie) donosów, informujących kto z rodaków jest agentem cara, kto pederastą, kto defraudantem etc. miała tak niebotyczne rozmiary, że urzędnicy francuscy nie byli tego w stanie sensownie przerobić. Pierwszą chorobą polskiego patriotyzmu jest – wbrew „republikańskiej” legendzie polskiego indywidualizmu, umiłowania wolności etc. – totalny, egalitarny, stadny kolektywizm, wdeptujący w błoto każdego, kto ośmieli się wychylić, mieć własny osąd odbiegający na jotę choćby od poglądu ustalonego przez „patriotyczną opinię”, zawsze niewidzialną i nieuchwytną, ale nieubłaganą; to jest właśnie ów „terroryzm opinii”, któremu przeciwstawili się Stańczycy. Drugą chorobą, nieodłączną od pierwszej i nie mniej groźną, jest niewolniczy w istocie resentyment w takim znaczeniu, w jakim analizował go bardzo wnikliwie Max Scheler w książce „Resentyment a moralność”, czyli zapiekła w bezsilności nienawiść do prawdziwych bądź urojonych wrogów i prześladowców, która zmuszona do znoszenia opresji wyładowuje się zarówno w spontanicznych wybuchach agresji w stosunku do szeregowych „prześladowców” (owego przysłowiowego „stójkowego”, w którego można rzucić płytą chodnikową czy racą) czy wręcz kogokolwiek, kto przypadkiem się napatoczy, jak w podejrzliwości, agentomanii i doszukiwaniu się wyłącznie niskich pobudek u wychylających się z szeregu. Już Norwid i w wierszach i w listach gorzko puentował tę najciemniejszą stronę naszego patriotyzmu, który nie cofa się przed oszkalowaniem a bywa, że i fizycznymi zniewagami właściwie każdego, kto wybija się ponad przeciętność. Tym terrorystom patriotycznej opinii po prostu nie przychodzi do głowy, że ktoś może samodzielnie – może błędnie, ale na własny rachunek – myśleć, analizować, wyciągać wnioski, tylko zawsze musi być albo agentem, albo tchórzem, albo co najmniej kimś zmanipulowanym. Dlatego nie dziwi mnie nawet (bo już raz czegoś podobnego doświadczyłem, tyle że od „prawdziwych patriotów” ze stajni Sakiewicza, a teraz chowu „narodowego”), kiedy czytam, że albo jestem zidiociałym i trzęsącym się ze strachu staruszkiem, albo „znalazły się na mnie kwity”, albo przekupili mnie „grancikiem”.

Na koniec zatem. Nadal wierzę w dobre intencje i szczerą wolę dokonania autentycznego przełomu u kierowników Ruchu Narodowego, acz wskazywane cele są wciąż dość mgliste, zaś program właściwie nie został dotąd zarysowany. Jednak realnym problemem, z którym muszą się oni zmierzyć jest jakość „materiału ludzkiego”, który zdaje się stanowić ich „odwody”, i który zarazem kreuje wizerunek całości. To jest niestety masa odpadowa totalnie splebeizowanego i zgnojonego przez komunę „narodu peerelowskiego”, który jeszcze przez ostatnie dwadzieścia lat przeszedł przez drugą maszynkę ze śmieciami demoliberalnej popkultury i nawet jeśli buntuje się przeciwko lansowanym przez nią „wartościom”, to czyni to w podobnym stylu, z wyuczonymi od niej odruchami. Kiedy pod koniec lat 70. organizowaliśmy pierwsze obchody święta niepodległości, to była nas śmieszna garstka, ale jednego nie musieliśmy się obawiać: że zechce do nas dołączyć szukająca okazji do rozróby żulia, wyznająca „stadionowy” patriotyzm hordy plemiennej. Kierownikom Ruchu Narodowego poddaję więc i to pod rozwagę: czy ważniejsza jest dla nich ilość uczestników organizowanych marszy, czy też ich jakość? Mnie się zdaje, że stoją oni na rozdrożu przed dokonaniem wyboru: czy chcą wskrzesić mistyczny nacjonalizm „legionowy” (i podobnych mu formacji w całej Europie) z lat 30. i ofiarną devotio Żołnierzy Wyklętych z niepodległościowego podziemia (na których się tak chętnie powołują), co wymaga wewnętrznej i zewnętrznej dyscypliny, czy też raczej godzą na danie upustu wyciu sankiulockiej tłuszczy, radośnie obnoszącej na pikach głowy „tyranów” i ponowienie spektaklu „wieszania zdrajców” na Krakowskim Przedmieściu przez piekielną zgraję Kołłątaja?

Jacek Bartyzel

kacio59393
Reklamy