– My nie chcemy tego chlebka!
– Dlaczego?
– Bo jest bleee… My chcemy z nutelką.
– To jest nutelka.
– Nie, to nie jest nutelka.
– Jest, tylko że z zajączka, bo to pasztecik.
– Aaaa… nutelka z zajączka, hurra, mniam, mniam!

Bez wątpienia palmę pierwszeństwa dzierży grysik rozlany na talerzu, posypany cynamonem i cukrem. Śniadaniowa podniebienna rozkosz mogła być na gorąco, lekko przestygła a nawet wychłodniała. Tuż za nią idą ziemniaki z rondelka czekające w babcinym piekarniku z tak chrupiącą, przypieczoną skórką od spodu, o takim kolorze i takim smaku, takim zapachu, że na samo ich wspomnienie, za ten jeden jedyny rondelek teraz zgodziłbym się na kilka bezkobiecych nocy. W niedziele był królik – gęsty, ciemny, zawiesisty sos, w którym z makiawelicznym upodobaniem topiłem krążki mizerii. Królik albo smażone ryby – osobliwie przepadałem za okoniami, wytaplanymi w jajku, oblepionymi mąką, na gorącym oleju w cygańskiej patelni, który nadawał kruchości a bieluśkie mięso rozpływało pośród mlecznych zębów.

Szalenie fascynowała kuchenna blacha na piecu z fajerkami – żeliwne obręcze otwierające drogę do infernalnego przedsionka. Pieczone na blasze  podpłomyki z zarobionego ciasta, które już nie zmieściło się w słomianych koszach, udzielanego babcinymi rękami z niecki. Oblepioną ciastem i mąką dłonią przecierała czoło, uśmiechając do mnie na tle opróżnionej dzieży. A jak pachniało!

Się na żeliwnej blasze piekło rydze też. Pierwej należało uciąć trzony i kapeluszem do góry nogami położyć na rozgrzanym blacie, blaszki posypać solą i czekać cierpliwie na zarumienienie. Kapelusze skwierczały delikatnie kurcząc i ciemniejąc, a obok nich kładło pociętego karpiela w cienkie talarki, które przyjmowały funkcję ówczesnych czipsów niesplamionych fekalią sztucznej chemii.

A potem szło do piwnicy i brało parę koszteli nakrapianych złotem, soczystych i słodkich, jak wspomnienie dzieciństwa.

KatoN

44_kosztelka(1)

kacio59393

Reklamy