Było jesienne południe, słońce lepiło się do rdzawych liści z ciepłem wiatru. Siedzieliśmy w rachitycznym parku na niezbyt wygodnej ławce w kolorze zgniłej zieleni. Już nie pamiętam większości słów, które usłyszałam, ale wiem, co chciał powiedzieć. To było w jego oczach. Opowiadał o książkach czytanych na miedzy, o tym, że nie przepada za Millerem, Henrym, bo Artura lubi za Czarownice z Salem, Roth do niego nie przemówił, ale Strindberg to i owszem, chociaż romansował beznadziejnie z tą beznadziejną Juel, że przepada za fioletem ostów i że maki rosnące w pszenicy mają płatki prawie tak subtelne jak skrzydła motyla. Działa na moje wszystkie zmysły, nie wiem jak tego dokonuje, ale chciałabym ten stan zatrzymać na zawsze. Bywa, że czuję się przy nim jak dziewczynka z oranżadą w proszku w garstce; kiedy patrzy na mnie zamieniam się w kapłankę zakazanego kultu, tajemnego rytu, jestem dewadasi w świątyni lingamu, uległą odaliską, lubieżną bajaderą – wbija we mnie sztylety wzroku i żąda niepohamowanej rozwiązłości przy składaniu hołdu i ofiary z ciała. Nie poznaję siebie. Kręci się w głowie, kiedy dotyka włosów i sama już nie wiem kim jestem, kim chciałabym być. Eunice czy Ligią? To prawda. Jest w nim zaczarowana płynność, niesamowita zdolność przechodzenia z jednego stanu w inny, krańcowo różny, sprawiania przyjemności czułym i wyuzdanym słowem na przemian, brutalna poezja i wyszukany wulgaryzm. Unosi mnie drapieżnie i poniewiera z gracją. Nic pośredniego, żadnej letniości.

lawka1Był trochę zawstydzony. Nieśmiały. Tak niepodobny do siebie. Widziałam w oczach… przeglądałam się w nich po raz pierwszy i dotarło do mnie, że na te oczy czekałam od zawsze. Są dla mnie lustrem, przed którym staję obnażona bez wstydu i skrępowania, są lustrem, w którym się przeglądam, jest lustrem, które mówi mi, jaka jestem, a nie jaka być powinnam, jest lustrem, które szepcze o moim pięknie, głaszcze i muska odbicie moich dłoni. Wiem, że martwi się o mnie, myśli o mnie, tęskni; wiem, że nie zrobi mi krzywdy i nie pozwoli ukrzywdzić. Wiem, że przed zaśnięciem ostatnim obrazem pod powiekami jestem ja i że woła do mnie zapadając w studnie snów. W zeszłym tygodniu przechodziłam w pobliżu, przeszłam zebrą skrzyżowanie Wyszyńskiego z Edukacji, potem wypuzzlowany chodnik, schody, szklane drzwi, specyficzny zapach budynku, kolejne drzwi, następne i ostatnie. Spojrzałam z nadzieją na zarośla i koślawą alejkę. Po ławce nie ma śladu.

 Któregoś dnia obudzę się jak zwykle przed siódmą. Poranna toaleta, wezmę szybki prysznic, spojrzę w lustro – ta sama twarz od lat; była dziecięca, gładka i jasna, potem zakwitła, nabrała dziewczęcych kształtów, łuki brwi wyjaskółczyły się, kości policzkowe poddały plastycznie estrogenom, piersi urosły, biodra zaokrągliły i wydały na świat potomstwo, włosy mieniły w słońcu i zachwycały wzrok mężczyzn. Mijały lata, zdarzały się bezśnieżne zimy i deszczowe wakacje. Kochałam i byłam kochaną. Szczoteczka do zębów spadnie na podłogę tego poranka, pomyślę, że nigdy się tak nie zdarzyło. Wtedy przeczuję, że ten dzień będzie inny od wszystkich, które już przeminęły i jakie dopiero nadejdą. Głupia szczoteczka. Nieprawda, że w tym dniu umrze cały świat dla mnie. Nieprawda. Będę łkała bezgłośnie nosząc w samotności ból żałoby długie miesiące. Kiedy szczoteczka spadnie na terakotę, obijając się o brzeg umywalki, nie będę jeszcze miała ołowiu w sercu, jeszcze będę radosna.

Któregoś dnia obudzę się jak zwykle przed siódmą i pomyślę, że nie jest prawdą, że świat dla mnie umrze. Przypomnę sobie, co mówiłeś o pisaniu – że zanim sięgniesz po klawiaturę musisz znać ostatnie zdanie tekstu, i to, jak bardzo wkurwia cię nadużywanie majuskuły. Pomyślę, że świat dla mnie nie umrze, mam przecież obowiązki i powinności wobec innych ludzi. Nieprawda, że cię nie będzie. Nauczyłeś mnie patrzeć na świat swoimi oczami. Uczyliśmy się tajemnic i sekretów, jak je przechować i otwierać. Umrzesz dopiero wtedy, gdy zimna dłoń losu przymknie moje powieki. Widzisz? Ja po twojej śmierci zapłaczę, ty po mojej nie uronisz ani jednej łzy. Wierz mi – tak wiele ci oszczędzę; bądź mi wdzięczny.

Któregoś dnia się nie obudzę.

KatoN

PS Z powyższym tekstem należy zapoznać się w towarzystwie poniższej muzyki.

kacio59393

Reklamy