Szalenie ciekawiły mnie wszelkiego rodzaju zakamarki. W sieni stał niewielki stół przykryty chłodną zawsze i wilgotną ceratą a na niej gliniane naczynia z dojrzewającym mlekiem, pachniało kwaśno – śmietaną, serwatką i kiszącymi się w beczce ogórkami pod dębową okrągłą przykrywą dociśniętą metalowymi odważnikami, spod której wystawały wyblakłe gałązki kopru. Dół stolika przesłonięty był zasłoną nanizaną na drut strzałowy w barwnej plastykowej osłonce. Bałem się tam zajrzeć. Wiedziałem, że stoją za nią kanki na mleko, ocynkowane wiadro, dzbany i cały zestaw mniejszych i większych garnuszków z jednym albo dwoma uchami. Okienko przy powale rzucało skąpe światło, ściany chropowate, tynk niewyszukany, pobielony w siwe odcienie. Po bokach półki z surowych ledwo oheblowanych desek zapełnione rzędami słoików z przetworami, mięsem kiełbasianym, powidłem, jakieś wyschnięte strączki grochu przemieszanego z bobem, u sufitu żarówka bez klosza wkręcona w śmieszną oprawę przypominającą metalowy talerz, przewody elektryczne puszczone po gołej ścianie czerniły się przymocowane topornymi zaciskami do muru.

bzykanie1Zamykałem drzwi, siadałem na drewnianym progu i spowity w półmrok nie miałem odwagi zajrzeć pod stół. Kusił mnie świat za tą kotarą, jakby za nią były wrota do innego wymiaru. Może to właśnie tam motyle chowały się przed zimą, tam dla nich były ciepłe kraje, jak mityczna Afryka dla bocianów, które szykowały się już do odlotu? Wzrok przesuwał się po ciężkim mosiężnym moździerzu z wystającym tłuczkiem, jaskółka zatrzepotała skrzydłem o szybę uchylonego lufcika, spłoszone kury zagdakały stłumionym chórem. Słońce musiało wyjść zza chmury, bo półmrok przecięło kilka płaszczyzn światła, cienkich i ostrych, skupionych na drobinach kurzu. Tak wygladają atomy? Mrużyłem oczy, pyłki układały się we fraktale, rozrastały i nagle pękały jak bańka mydlana, rozpierzchały pod powiekami; składałem je na nowo mocniej zaciskając rzęsę do rzęsy. Zbierały się na nowo jak w odpustowym kalejdoskopie z kolorowej tektury. Badałem strukturę niewidzialnego wszechświata, kosmosu, wyobraźnia podsuwała co rusz nowe obiekty układające się w harmoniczne całości, by znowu je wszystkie nagle postradać. Na posadzce leżały dorodne głowy. Kapusta, guzowaty kalafior i kilka niejednorodnych dyń kolorem przypominających pomarańcze z dalekich ciepłych krajów. Przełknąłem ślinę na wspomnienie cytrusów. Zasłonka, zebrana u góry w falbanki, miała sztywną fakturę i usiana była wizerunkiem kwiatków podobnych do niezapominajek; mieniła się granatem tła i jasnoniebieskimi listkami. Za nią musiał być inny świat. Tunel do innego świata. Świata z rojami motyli, nieprzebraną masą ożywionych płatków róż, lilii, piwonii i goździków, fruwającą bez wytchnienia w rytm muzyki świerszczy, pasikoników, cykad, rechotu żab, klangorów i klekotów, słodkich kiwitt czajek nurkujących nad błoniem. Firany z błoniastych przezroczystych skrzydeł ważek, pszczół, trzmieli. Tak wygląda chłopięce bzykanie, niezakłócone jeszcze zapachem i smakiem rozłożonych kobiecych ud. Nigdy nie odważyłem się odsłonić skrawka lnianego materiału, za którym otwierał się świat w jakim motylom i reszcie owadów przychodzi spędzać zimę, by przetrwać do pierwszych wiosennych dni i powrócić na nowo razem z bocianami.

KatoN

kacio59393

Reklamy