Deszcz w kinie często symbolizuje nadchodzące bądź oczekiwane oczyszczenie. Nowojorski taksówkarz z połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku przerażony obrazem nocnego miasta wyczekuje na prawdziwy deszcz  (który) zmyje cały ten brud z ulic. Pisałem o tym filmie TUTAJ. Zamiast deszczu spada na bohatera szaleństwo.

„Siedem” rozpoczyna scena ociekająca strugami lejącymi się z chłodnego nieba na detektywów oraz odrapane czynszowe elewacje kamienic miasta molocha, w którym siedem grzechów głównych znalazło pożywkę do swego rozkwitu. Najważniejsze momenty filmu rozgrywają się w przejmującym ziąbie ulew. Ostatnia scena, która ma przynieść rozwiązanie i oczyszczenie, w której widz spodziewa się ostatecznego katharsis, wstawienia na nowo świata w zawiasy z jakich wypadł, rozgrywa się w oślepiającym świetle, na odludziu, z dala od wielkomiejskiego grzechu, ale to właśnie tutaj, w tym zadawałoby się nowym miejscu, nieskażonym zbrodnią, dochodzi do jej wynaturzonej do granic kumulacji. Nic nie zostanie oszczędzone głównym bohaterom ani widzom – świat wali się na głowy, niebo, jeśli istnieje, upada na barki i przygniata tym dotkliwiej, że przecież jeszcze przed chwilą była nadzieja na nadzieję, że otaczającą rzeczywistość można naprawić. Będę w pobliżu mówi na koniec jeden z bohaterów, pytany co zamierza dalej. Tak. Wszyscy jesteśmy w pobliżu wychodząc z kina po takiej dawce koszmarnych pytań i braku odpowiedzi. Wsiadamy w wypucowane auta, wracamy do pachnących ludwikiem kuchni i lśniących pronto mebli, pijemy aromatyczną kawę i z czasem znowu się oswajamy i zapominamy w jakim przyszło nam żyć świecie. Bo żyć przecież trzeba i wypada.

Dla mnie Taksówkarz, Upadek i Siedem stanowią amerykańską trylogię, w której większość z nas „odnajduje się” w bohaterach wymienionych filmów z tej prostej przyczyny, że są one bodaj najlepszą filmowa ilustracją kondycji współczesnego człowieka Zachodu, w każdym razie zaś tych spośród nas, którym do szczęścia nie wystarczy popkulturowa papka, życie w kredytowej niewoli banków, by sfinansować sobie dom, samochód i jakieś niepotrzebne nikomu duperele, którymi współcześni mierzą swój status i wartość jako ludzi.

Travis czekał na oczyszczającą moc deszczu, który nie nadszedł. Ale miał nadzieję. John Doe nie zważa na deszcz – wymierza karę anonimowo, jego szaleństwo jest metodyczne, jego czyny są przygotowane profesjonalnie i logicznie, podbudowane metafizyką i swoiście pojętą teologią. Nie jest związany z żadną zinstytucjonalizowaną religią, jak się zdaje – sam dla siebie jest kościołem, a jego mieszkanie świątynią. Dokładność, cierpliwość, inteligencja, wytrwałość – takimi cnotami jest obdarzony. Wyobcowany erudyta, Pan Nikt, Jan Kowalski, John Doe, rozprawia się ze skurwiałym światem cynicznie ale nie z zemsty, nie ma w nim satysfakcji, ale coś co nazwałbym gorzką powinnością. Nie zabija dla przyjemności – powoduje nim konieczność i cel misji.  Staje się Znakiem, jego czyny są Znakami w świecie opuszczonym przez Boga, w świecie zawłaszczonym przez wszechogarniające zło. To zadziwiające ale po wyjściu z sali kinowej poczułem do niego sympatię. Są postaci w literaturze, które pomimo swoich odrażających czynów, wywołują we mnie nić sympatii i zrozumienia. Na pewno takim człowiekiem nie jest Ryszard III ale jest nim bez wątpienia Makbet. John Doe nie jest tchórzem, nie ukrywa się, jego plan zakłada oddanie się w ręce sprawiedliwości ziemskiej, którą i tak najwyraźniej pogardza i kpi z niej. Miasto, a szerzej świat, w którym przyszło nam żyć jest dla niego pożywką agarową z koloniami drobnoustrojów – chytrych prawników, narkomanów, kurew, alfonsów, celebrytów, bezwolnych konsumentów informacyjnej papki i puszek z supermarketów. Wszystkie dotychczasowe próby naprawy tego stanu rzeczy zawodzą. Świat przesiąka korupcją i łajdactwem. Postanawia zatem zostać Znakiem. Drwiącą uwagę młodego detektywa, że zostanie co najwyżej jednodniowym bohaterem, popularnym wzorem na koszulce, kwituje tajemniczym uśmiechem i uwagą, że mówi tak, bowiem nie zna jeszcze oglądu całości.

Tak. Ten film w dużej mierze pozwolił mi lepiej przyjrzeć się mechanizmom i elementom, z jakich zbudowana jest współczesna całość. To prawda, że autorzy obrazu przedstawili nam ten obraz widziany z mrocznej, zbrodniczej perspektywy. Ale kto powiedział, że ma być zawsze ładnie, beztrosko i przyjemnie?

KatoN

kn

kacio59393

Reklamy