Nigdy nie chciałem być politykiem. To Ty nazywałaś mnie, ze śmiechem, prawicowcem o zapędach z czasów Inkwizycji. Dostrajałem się do Twoich oczekiwań i nastrojów: byłem lwem, taranem i opium na deszczowe wieczory i bezsenne noce. Dotykałaś mnie słowem, a ja pod tymi śladami kryłem zadowolonego mężczyznę z twoich marzeń. Tak mi pisałaś, gdy oddalałem się nadto, albo gdy życie wyganiało mnie sprzed monitora. Pozwoliłem ci zawładnąć moja przestrzenią-wpuściłem cię do łóżka, kuchni i pod prysznic. Ilekroć oglądałem Twoje fotografie uśmiechałem się do siebie, ilekroć byłaś okładem na moje rozhuśtane życie nie mogłem uwierzyć, że istniejesz.

Świat zastyga dziś w bezruchu. Brak powietrza potęguje wszędobylski upał. Odchodzę na drugą stronę, by zbytnio nie poranić Cię swymi marzeniami. Egzaltowany głupiec, myślałby kto. A ja zwyczajnie się dzieję. Dziś stałem się jarzębiną. Czy wiesz, że zacząłem myśleć o jesieni? Jagody dostają rumieńców na samą myśl o wrześniu, bo przecież jesienią zdarzam się najpełniej, choć bez Ciebie. Teraz mogłabyś zrobić sobie kawę, bo chciałabym Cię dłużej zatrzymać. To tak, jakbyś siedziała obok mnie i lekka czekaniem próbowała zrozumieć, co miałem na myśli opisując siebie jako jarzębinę. Rozkładam książki. Te, które chciałem, żebyśmy razem przeczytali. Dziś padło na „Trzynaście kotów”. Wiem, co byś powiedziała. Że nie lubisz opowiadań, ale te są inne. Wypróbuj je. Kiedyś.

Otworzyłem okno. W ogrodzie rozkłada się cień. Wróżenie z cieni, mówiłaś, jest jak obietnica jutra. Przestałem z nich wróżyć, bo zwyczajnie jutro już nie istnieje. Dla mnie. Bo przecież nie dla Ciebie. Ty dopiero się stajesz…

Mija mnie czas na palcach. Niepostrzeżenie. Tylko czasem nad ranem, gdy szybko spojrzę w lustro, widzę jego cień. Dotyka moich skroni, kącików oczu i ust. Myślę, że stanie za mną murem , gdy wybrzmię… Teraz tylko daje dyskretnie znaki.

Wczoraj promenadą szła uśmiechnięta dziewczyna. W lekkiej sukience nieświadomie wołała czas. Czas kobiety. Lśniące włosy tarmosił z czułością wiatr. Ścigały ją spojrzenia, a ja z ocienionej ławki patrzyłem na nią i widziałem ciebie. Nie, nie była do ciebie podobna, ale miała w sobie tę samą obietnicę. Nie zasłoniłem się gazetą. Pozwoliłem by czas, ten z mojego lustra, zrobił swoje. Dziewczyna ukłoniła się grzecznie i dodała z olśniewającym uśmiechem, nieświadoma swego uroku: „dobry wieczór, panie profesorze”.

Muszę to napisać. Kłamstwo mnie zabija.

Bez Ciebie jarzębina szybciej się zaczerwieni.

Zapisany

zap

kacio59393

Advertisements