U niego zawsze była zasada „wszystko albo nic”. Mówił mi, że dlatego nie nadaje się na polityka demo-liberalnego. W pewnym momencie zaczął mi przypominać Travisa. Tłumaczyłam mu, że w każdym człowieku, którego poznaliśmy, z którym byliśmy, jest cząstka nas i pozostanie na zawsze i podobnie jest z nimi, będą nas pamiętać i wspominać. Drażniła go taka optyka. U niego nie było równika, gdzie słońce wschodzi zgodnie z zegarkiem o szóstej rano i znika za horyzontem o osiemnastej. Nie było nawet zwrotnika raka i koziorożca. Był biegunami. Noc i dzień, mróz i gorąc. Należał do ekstremów – jak już chłód, to przy absolutnym zerze Kelvina, jak upał to przy miliardach stopni Celsjusza na niebotycznie odległym kwazarze. Piszę prawdę, tak samo było w łóżku. Przeszywały mnie dreszcze rozkoszy, kiedy najpierw delikatnie, poetycko, romantycznie (jak on nie lubił tego słowa!) wtulał się słowem i czynami w moje ciało, by za chwilę stanąć na rubieżach perwersji, mówiąc do mnie kurwo i suko, ciągnąc mnie za włosy, wymierzając mocne klapsy i znacząc moje ciało siniakami. Poniżał mnie i deifikował. Chciał jednocześnie mojej krwi miesięcznej i poświaty Księżyca nad moją głową, żądał mojej śliny i łagodności języka, byłam dla niego świętą i kurewką, ladacznicą i płochym, niewinnym, cnotliwym dziewczęciem, kochanką i wierną Penelopą. Był podnieceniem i ukojeniem, lodówką i piekarnikiem, światłem i ciemnością, powagą i humorem. Życiem i śmiercią.

Nie wiem, nie jestem pewna. Boję się, że zrobi coś nierozważnego – zabije się, zabije Angelę Merkel albo zamknie blog na zawsze.

Kacia

kn

kacio59393

Advertisements