Stanęła w świetle latarni.
– No, jesteśmy na miejscu – powiedziała z uśmiechem. (Jej dom był sto metrów dalej.) – Dziękuję ci, mój rycerzu. A tu masz jeszcze cadeau od swojej pani profesor – otworzyła torebkę i zanurzyła w niej rękę.
Z jednej z wewnętrznych kieszonek – dostrzegłem to natychmiast – wystawał kawałek okładki zielonkawej książeczki z napisem „PASZPORT SŁUŻBOWY”.
Madame wyjęła tymczasem niewielki, biały tomik i podała mi go.
Na okładce widniały blado-niebieskie litery, które się układały – pod nazwiskiem autora – w piramidkę tytułu:

Fin de partie
suivi
de Acte sans paroles

Dół karty zamykał napis „Les Editions de Minut”, a w środku się czerniła pięcioramienna gwiazdka złączona z małym „m”.
– To jakby opis sceny z Paolem i Francescą – powiedziałem półgło­sem, wpatrując się w okładkę.
– Z kim? – zamknęła torebkę.
– Mówiłem pani już kiedyś. Z tymi, co raz czytając opowieść o Lancelocie, przestali w końcu czytać i… nie czytali dalej.
– Tak się na ogół dzieje – rozłożyła ramiona w geście „Tak to jest! C’est la vie!”
– To proszę mi jeszcze coś wpisać – szukałem rozpaczliwie jakiegoś posunięcia, które by choć o chwilę pozwalało grać dalej. – Książka bez dedykacji?
– Kto powiedział, że bez? Jest wpisana. Jak trzeba.
Odchyliłem okładkę. Na karcie tytułowej, napisany ołówkiem, widniał następujący, czterowersowy tekst:

Patrz strona trzydziesta druga, ostatnie słowo Nell.
Przymiotnik? Czy czasownik w trybie rozkazującym?
Oto ostatnie pytanie na zakończenie nauki.
Pour mon meilleur disciple

24 czerwca

– Ołówkiem? I bez podpisu? – podniosłem wzrok znad książki.
– Istnieje jeszcze ktoś, kto mógłby ci się tak wpisać? – zapytała zalotnie.
– Właściwie… nie – odrzekłem.
– No więc o co ci chodzi? A że ołówkiem? No cóż… może któregoś dnia będziesz chciał to wymazać.
– Forma tej dedykacji… – zacząłem tajemniczo – a nawet jej prozodia… – pogłębiałem napięcie – wydaje mi się skądś znana.
– Skąd? – zapytała rzeczowo.
– Podobnie wpisała się komuś… – spojrzałem jej prosto w oczy, w ostat­niej chwili jednak zmieniłem tor pocisku i powiedziałem spokojnie: – Joan­na Schopenhauer.
– Zapewniam cię, nie czytałam – zrobiła znak przysięgi. Zacząłem kartkować tomik, szukając wskazanej stronicy.
– Nie teraz – wstrzymała mnie, dotykając mej ręki. – Później. Gdy wrócisz do domu.
„Teraz”, rzekł do mnie głos, parafrazując Hamleta. „Jeśli ma się to stać, to teraz. Nie później. Teraz!”
Przytrzymałem jej palce i znowu spojrzałem w oczy.
Fin de partie już był – zacząłem z bijącym sercem. – A teraz… Acte sans parole – i, jak to wiele razy widywałem na filmach, zacząłem się wol­no zbliżać ustami do jej ust.
– Non – powstrzymała mnie, dosłownie w ostatniej chwili. – To byłby straszny kicz. A przecież tego nie lubisz.
Przełknąłem nerwowo ślinę i opuściłem głowę.
„Więc jednak nie”, pomyślałem. A wtedy powiedziała:
– Non,.. Pas cette fois… Pas encore… Et pas ici bien sûr… – A jeszcze po chwili dodała: – Un jour… ailleurs… peut-être… Quand ton oeuvre sera finie.
Podniosłem ku niej wzrok, a ona czułym gestem potargała mi włosy, po czym zrobiła zwrot, ruszyła energicznie i, skręciwszy w następną, wą­ską odnogę chodnika, zniknęła za rogiem budynku.
Uniosłem książkę ku oczom i odnalazłem stronicę numer 32, a na niej ostatnie słowo należące do Nell.

Słowo to brzmi: „Déserte”

Madame Antoni Libera

madame1

kacio59393

Reklamy