…chciałbym być z tobą kiedyś w takiej włoskiej willi. Nie, nie, nic z nowoczesności. Żaden modernizm, postmodernizm, żaden renesans ni barok. W takiej willi średniowiecznej, na odludziu, do której prowadzi tylko jedna wąska droga wysadzana strzelistymi cyprysami, stoi na pagórku – zwarta bryła zbudowana z kamienia i cegły z małymi oknami i czerwonym prawie płaskim dachem. Obok mały sad-nie-sad, niebieskie niebo i chłód od murów. Żadnego basenu, tylko leżak, dwa leżaki, stare drewno i zapach kwitnącej pomarańczy (nawet nie wiem jak pachnie kwitnąca pomarańcza). Tylko parę dni, tygodni. Miesięcy. Lat. Dom ma kamienne schody, wąskie przejścia, mało światła wewnątrz, obszerną salę z kominkiem. I dużo wina, serów, chleba, oliwy, pomidorów. Oplatałbym nagie ciało w winną latorośl jak jońską kolumnę – białawy marmur z niebieskimi żyłkowaniami na piersiach. Pisałbym w kącie, przynosiłabyś schłodzone napoje i odstawiała puste butelki po winie. Tylko my, nikogo więcej. Przed śniadaniem jechałabyś do pobliskiego miasteczka starym fiatem albo skuterem – może być wespa – po świeże pieczywo, mleko i moje ulubione daktyle. Czekałbym wyglądając przez okno w drewnianej framudze, z parapetem pełnym mirtów i wonnych kaktusów.

I duże łóżko wieczorem, podwójne, zwieńczone z tyłu dębową dekoracją, nakrochmalona pościel, wielkie poduszki i twoje piersi, które kwitną głogiem.

t1

Zabudowania są stare, z pietyzmem odnowione; nie ma śladu po niegdysiejszej gawiedzi okupującej podwórko, stajnię, oborę, stodołę i przystawy. Strzelista żerdź żurawia przy studni -wyschnięte drewno – i pordzewiałe okucia, tylko wiadro jest nowe, miedziane; w każdej chwili zdolne zaczerpnąć świeżej, lodowatej wody. Przy płocie ścielą się łopiany, w przydomowym ogródku szaleją mieczyki. Siedzisz na ganku, w cieniu winogradu, w wiklinowym fotelu z lekkim pledem na plecach. Na stole dzbanek i dwie filiżanki, placek z rabarbarem przykryty lnianą serwetą, popielniczka, papierosy, pozapalane lampiony i spora efektowna lampa naftowa. Niebo już granatowe, upstrzone setkami migoczących gwiazd; po drugiej stronie domu, niewidoczny, świeci księżyc ostrym rogalem. W poświacie bieleją zgrabne dwie brzózki przy wejściu do sadu, od którego ciągnie chłód rosy i zimno z pól. Pachnie wieczorem, dojrzałą pszenicą z ciężkimi kłosami.

– Przestań już chodzić – śmiejesz się do mnie, kiedy zamykam zbrązowiałe i zsiwiałe od wiatrów, mrozów, upałów i deszczy drewniane wrota. Kiedy przekładam na nich skobel i sprawdzam domknięcie, kończysz – Chodź, herbata stygnie.

Dom jest niewielki. Kuchnia, pokój, weranda, sionka, spiżarka, strych, toaleta i natrysk. Podłogi są drewniane, skrzypią ze starości. W pokoju jest łóżko, ciężka szafa z olbrzymią szufladą pod drzwiami, toaletka z owalnym lustrem dla ciebie i dwa krzesła, to wszystko. I piec kaflowy przylegający przez ścianę do kuchenki w kuchni. Na parapecie okna stoją doniczki z niestrudzonymi czerwonymi pelargoniami, dwa słoje z dojrzewającym agrestem i luźne, samopas zielone pomidory nabierające z każdym dniem rumieńców od słońca.

– Jeszcze tylko się umyję – całuję policzek, wycieram pot z czoła i siadam ciężko na identycznym fotelu jak twój, sięgając po filiżankę.

– A ja już zdążyłam wziąć prysznic – mówisz i szelmowsko odsłaniasz pled.

– Jutro pójdziemy nad rzekę z samego rana – zapalam papierosa. – Pyszna herbata, kochanie.

– Lubię patrzeć, kiedy jesteś spracowany. Pot lśni ci na twarzy, szyi i ramionach – dotykasz moich palców wypielęgnowaną dłonią. – Zasłużyłeś na nagrodę – lakier na twoich paznokciach ma barwę głogu.

KatoN

kacio59393

Advertisements