Siedzisz w cieniu gęstego listowia krzewu, którego nazwy nie znam; patrzysz na mnie z udawanym wyrzutem dziś włożyłam najwęższą suknię, aby smuklej wyglądać i ładniej. A ja, cóż ja, wpatrzony w ciebie, ciągle myślę o tym, jak obejmujesz moje zachcianki. Ale lubisz ten mój egoizm; na paterze ślimaczą się w słonku dwie brzoskwinie i mniejsze morele, zielone, przezroczyste, pojedyncze winne grona. Jezioro mieni się srebrem w przymglonym wrzosowym powietrzu, w pękatym szklanym dzbanku pływa pocięta limonka, świeże listki mięty toną pośród diamentowych kostek lodu. Założyłaś nogę na nogę sięgając po papierosa – dziwnie dymek wije się nad nim, grzęźnie we włosach, przeganiasz go dłonią. Szare gołębie zastygły na gałęzi starego dębu. Komuś dziecko uciekło na kamienistą plażę. A ja przesadnym szeptem: że jeśli już, to chciałbym, żebyś miała tatuaż widziany tylko przeze mnie. Co ty mówisz, kochanie? – śmiejesz się pod słońce. Brnę dalej w ten bezsens i wyjaśniam, gubiąc się, aż wreszcie dołączam do ciebie i wybucham śmiechem. Potem mi każesz – tłumiąc śmiech – na nowo zacząć o tatuażu, ale nasze oczy spotykają się pod słońce, mrużą i kolejna wspólna salwa kończy dywagację, aż mały chłopczyk mijając nas z lodem przy chciwych ustach uskakuje strwożony na bok. Kwiaciarka w miejscowym przyodziewku chodzi leniwie z leszczynowym koszykiem pod pachą wypełnionym szkarłatem i wonią. Ma długą spódnicę po kostki, plisowaną w pasie, fikuśne buty z rzemyków, cieniutką halkę w kolorowe aplikacje. Tak chyba portretowali impresjoniści, mówię do ciebie patrząc na nią.
t1Jest piękna. I młoda – słyszę w odpowiedzi. Gdzieś w górze wysoko burczy samolot, przeciągle, uporczywie, jednostajnie, krojąc niebo śnieżnobiałą smugą. Nachylam się lekko w twoją stronę i muskając łydkę palcami, kwituję radośnie: ale ty jesteś najpiękniejszą. I to ciebie kocham. Długi spacer. Zdjęliśmy buty i brodzimy w wodzie po kostki jak para nastolatków w zachodzącym słońcu. Powietrze zrobiło się fiołkowe i nieruchome, niebo grafitowieje. Chłód ciągnie od fali. Przez parę godzin błąkając się razem, trzymając za ręce i samopas, mówiliśmy, przerywaliśmy sobie, podnosiliśmy głos, wpadaliśmy w słowo, milczeliśmy, aż wreszcie, na koniec, powiedziałem, że lubię cię słuchać. Nie, to ja, lubię ciebie.
– Policzysz mi gwiazdy przed snem? Proszę.
– Jestem słaby w rachunkach.
– To nie dostaniesz nagrody.
– Phi! Sam sobie wezmę.
– Policzysz, prawda?.. Tylko dla mnie.
– Policzę. Zacznę od najjaśniejszej.

KatoN

kacio59393
Reklamy