Kiedy pierwszy raz przeczytałem „W pustyni i w puszczy” marzyłem o przeżyciu podobnej przygody – ciepłe kraje, egzotyka, dzicy Murzyni i okrutni Arabowie, niebezpieczne lwy i muchy tse-tse, zewsząd atakujące choroby tropikalne, jednym słowem wszystko to, co potrzebne jest do mrożących krew w żyłach wydarzeń. I opowieści. Wyobraźnia dziecka potrzebuje takich podniet. Z upływem czasu przychodziło jednak rozczarowanie – w warunkach polskich schyłku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku trudno było spotkać Murzyna czy innego kolorowego na ulicy, lwa jedynie za kratą ZOO w Chorzowie, muchy krajowe przesiadywały ospale na gównie zrobionym przez podwórkowego kundla, a nie Sabę, i nie w głowie im było przenoszenie gorączek krwotocznych, młody wychudzony organizm atakowały jedynie ospa wietrzna a nie prawdziwa, odra, angina i biegunka po niedojrzałych jabłkach. Koleżanki też były jakoś mało dystyngowane i daleko im było do panienki Rawlison, paplały po polsku zamiast szczebiotać w wytwornej zagranicznej angielszczyźnie. Nie było kim się opiekować. Kupiony na odpuście blaszany pistolet Zenit stanowił nędzny surogat sztucera Stasia. Takie artefakty i geograficzne okoliczności nie zachęcały i nie zapewniały ziszczenia się marzeń o przygodzie życia. Szybko przyszło rozczarowanie z oznakami załamania nerwowego. Uratowały mnie inne lektury i teksty w myśl zasady, że radą na nieszczęśliwą miłość jest znalezienie nowego obiektu westchnień.

W Płomyku przeczytałem o tragedii Titanica. Ilustracje ukazywały grozę tragicznego zderzenia z górą lodową – ciemna noc rozświetlona racą wołającą o pomoc, kilka szalup z rozbitkami z wymalowanym aż do przesady strachem na bladych twarzach, granatowa toń Atlantyku a w tle stający dęba statek na chwilę przed zatonięciem. Słyszałem muzykę dobiegającą z oświetlonego pokładu i otwartych luków. Orkiestra grała do końca a ja z rumieńcem na twarzy pochłaniałem tekst. Być tam w tą kwietniową mroźną noc, stać na mostku kapitańskim jako drugi oficer i zręcznym manewrem uratować niezatapialną jednostkę przed zabójczą kolizją.

Potem wyobraźnię rozpaliła historia o meteorze Tunguskim. Meteor był nazbyt trywialny więc szybko zamienił się w obiekt. Oczywiście pochodzenia kosmicznego z pozaziemską załogą, która przy schodzeniu do lądowania na błękitnej planecie nie ustrzegła się błędu w nawigacji i rozpierdoliła statek międzyplanetarny w drobny mak… Silniki termojądrowe, zapas nuklearnego paliwa oraz zasobniki z antymaterią zrobiły wielkie buuum nad Syberią.

Wujek, młodszy brat mamy, kupił jubilatowi lornetkę, zacząłem nią eksplorować niebo z nadzieją, że odkryję nową galaktykę albo przynajmniej jakiś księżyc. Zaroiło się od podręczników i pozycji z dziedziny astronomii. I tak w Świecie Młodych przeczytałem wzmiankę o Dänikenie. Okazało się, że w sumie wszystkie budowle wzniesione w starożytności są dziełem obcej cywilizacji. Nie ma, że jacyś fellachowie w czasie wolnym od nawadniania pól wodą czerpaną skórzanymi wiaderkami z Nilu ciosali skalne bloki i wznosili piramidę. Nie ma, że Indianie nie znający balona i latawca wyrzeźbili na Płaskowyżu Nazca obiekty widziane tylko z lotu ptaka. Wszystko zrobili kosmici. Są narysowani na papirusach, uwiecznieni na płaskorzeźbach, występują w Biblii, Mahabharacie, wielkie budowle kryją tajemnice matematyki, fizyki, astronomii. Jeśli przemnożyć, podzielić, scałkować, podnieść do potęgi i wypierwiastkować boki piramidy Cheopsa, jej przekątną, wysokość, to otrzymamy odległość Ziemi od Słońca, bracie. Tak się w to zacząłem wczytywać, że w pewnym momencie z pogardą patrzyłem i słuchałem tego, co podawano mi w szkole – straciłem zaufanie do nauczycieli a nawet do katechety. Doszło do tego, że z kolegą, na podstawie pomiarów pobliskiego kiosku Ruchu (wysokość – pi razy oko, szerokość, długość) i odpowiednich działaniach na otrzymanych liczbach określiliśmy średnią odległość pomiędzy Ziemią a Księżycem, wyszedł nam parsek i jednostka astronomiczna. Wniosek mógł być tylko jeden: kioskarz i jego żona, która co dnia przynosiła mu obiad do budki, muszą być kosmitami. Miał duże pekaesy (kioskarz), rudą czuprynę, palił giewonty i za każdym razem, kiedy jakiś pijaczek chciał się odlać za kioskiem, otwierał drzwi ze zwisającą kratą i krzyczał: wy-pier-da-lać s-tąd! Jego marsowe czoło w tym momencie, widać w nim było siłę Jupitera.

Wtedy dopiero pojąłem, że wszyscy jesteśmy dziećmi kosmosu. Z Mańkiem K. zaczęliśmy zanurzać się głębiej w zagadnienia nie z tej ziemi. Badaliśmy panspermię i otarliśmy się o okultyzm. Wywołaliśmy parę duchów, ale nie chciały z nami nawiązać bezpośredniego kontaktu. Potem przyszła pora na historię świętego Graala, Trójkąt Bermudzki, niezidentyfikowane obiekty latające i pływające, żywe skamienieliny, potwora z Loch Ness, cywilizacje Azteków, Majów, Olmeków i Chujwiekogojeszcze. Bławatska, Uri Geller, łamanie łyżeczek na odległość, psychokineza, wahadełka, telekineza, parapsychologia etc.

No i jak było do przewidzenia skończyło się na blogowaniu.

Zaszczepiona w dzieciństwie inklinacja do poznawania zjawisk przedziwnych, tajemniczych, wielkich, pozostała we mnie do dzisiaj. Obecnie zajmuję się badaniem fotografii. Czasem zatrzymanym w sekundzie. To wielka frajda. Spójrzcie, co odkryłem. Dzisiaj zaprezentuję tylko trzy zdjęcia. Na pierwszym widzimy kanclerza, prezydenta i marszałka Niemiec. Fotografia musiała zostać zrobiona między 1933 (rok dojścia do władzy Hitlera) a 1934 (śmierć Hindenburga). Zwróćcie uwagę, co trzyma na kolanach Hermann Goering. Tak. To jest laptop, ponad wszelką wątpliwość.

Na drugim zdjęciu widzimy umundurowanych Niemców, jest jesień roku 1942, okolice Stalingradu. Widzimy operatora i obsługę laptopa, które zaczęły wchodzić w tym okresie na wyposażenie najbardziej elitarnych oddziałów niemieckich.

I trzecia fotografia. Pochodzi z Niemiec. Najprawdopodobniej jest rok 1938, wskazuje na to oryginalne graffiti na szybach wystawowych delikatesów, których właścicielem jest – jak nietrudno się domyślić – Żyd. Intensywność, skala, charakter, malunków wskazują, że mogą być efektem tzw. nocy kryształowej. Ale nie to jest przedmiotem mojego zainteresowania tą fotografią. Proszę, spójrzcie na dach kamienicy pomiędzy delikatesami a pralnią. Tak. Jest rok 1938 a na dachu kamienicy w żydowskiej dzielnicy są widoczne dwie anteny satelitarne…

KatoN

 laptop pierwsze laptopy92c70ed946a4e9854db74a2516370755kacio59393

Reklamy