Zaraz po przyjeździe udałem się do wiszących ogrodów, ale loszka zadzwoniła miaucząc „KOTEK, ZMIANA PLANU. DAJ MI DODATKOWE DWA KWADRANSE, ZROBIĘ TYLKO OKO I USTO, A TY PRZEMIEŚĆ SIĘ DO GALERII MOKOTÓW, MRAUUU”. Co robić, ruszyłem na biedakebaba. Zabierałem się właśnie za porcję wołowiny udającą baraninę, kiedy do stolika dosiadł się chudzielec w hipsterskich lilaróż okularach. Pił z namaszczeniem shake’a waniliowego patrząc cały czas z zainteresowaniem w żyłkownia blatu. Wstając, powiedział na odchodne, jakby chciał zakończyć zajmujący dialog „W KORPO RAZ W TYGODNIU JEST DZIEŃ BEZ DRUKARKI. EKOLOGICZNIE NIC WTEDY NIE DRUKUJĄ. NASTĘPNEGO DNIA DRUKUJĄ DWA RAZY WIĘCEJ, BO TRZEBA WYDRUKOWAĆ ZALEGŁE DOKUMENTY”. I poszedł w tych swoich trampkach nawet nie zaśmiawszy się nerwowo.

Pięć minut potem, stolik obok, przysiadły dwie panie, ubrane jak luksusowe prostytutki. Machinalnie sprawdziłem portfel czy jest na swoim miejscu, bo nigdy nie wiadomo, kto się za takim odzieniem kryje. Potem moja próżność zaczęła tłumaczyć, że może jestem na tyle atrakcyjny, że zainteresowałem galerianki. Dokończyłem tureckie danie nie zostawiając na talerzu ni krztyny. Źle oceniłem galerianki. Po pół minucie podszedł do nich jakiś gość i strzelił sobie słitfocię z jedną. Patrzę, a to kurwa… Natalia Siwiec. Na domiar złego zadzwoniła w tym momencie loszka: „MRAUUU, KOCICZKA JUŻ GOTOWA DLA SAMCZYKA” i zapytała erotycznie „CO ROBI DZIK W ZAMKU?”. To takie jej hasło. Czekała na odzew, więc rzuciłem do słuchawki „PENETRUJE LOCHY”. „MRAUUU, CZEKAJ NA MNIE”. W międzyczasie przy stoliku obok zrobił się mały rumor. Jakimś cudem wieść się rozniosła i to co zobaczyłem przerosło wszelkie wyobrażenia. Ludzie zaczęli czaić się na Natalię Siwiec z tyłu, z przodu, z boku, byle by tylko zrobić jej zdjęcie. Rozdzwoniły się telefony w rodzaju „CZAISZ? NATALIA SIWIEC TUTAJ JEST!” Szczyt cebulactwa został osiągnięty. Witaj z powrotem stolico. Wszyscy zdawali się sobie niemożliwie przystojni, nieskończenie inteligentni i niewyobrażalnie mili. Ocierali się o wielki świat.

Dosiadła do mnie staruszka w jasnym kapeluszu. Piła kawę, ale najwyraźniej bez smaku, nie wyglądała na osobę, której sprawia przyjemność sączenie latte. Uśmiech błądził jej po ustach. Zapiąłem kurtkę na suwak do połowy, żeby nie drażnić jej oczu pękiem rózeg na czarnej koszulce. W pewnym momencie rzuciła nienaganną polszczyzną bez warszawskiego zaśpiewu i typowego akcentu padającego na ostatnią sylabę „CAŁEGO TEGO HALO WOKÓŁ MAŁŻEŃSTW RÓŻNYCH ZBOCZEŃCÓW NIE BYŁOBY, GDYBY NIE ISTNIAŁA, ZUPEŁNIE ZBĘDNA, INSTYTUCJA PAŃSTWOWYCH MAŁŻEŃSTW”. Odruchowo wstałem i ukłoniłem się, kiedy podziękowała i podpierając się gustowną laską odeszła elegancko w stronę przeźroczystej windy.

Ostatnim gościem przy moim stoliku, nim otrzymałem eska od loszki, że już stoi w drzwiach galerii, był mężczyzna w nieokreślonym wieku podobny do Jerzego Zelnika.

– Ma dobrze skrywaną urodę.

Nie zdąrzyłem zapytać kto a on już ciągnął dalej grzebiąc widelcem w czymś, co było podobne do sałatki greckiej.

– W czasach napoleońskich na wodach Oceanu Indyjskiego operował korsarz w służbie Francji. Zapomniałem nazwiska. Napadał i łupił statki brytyjskie. W czasie jednej z bitew, a właściwie już po, odbył rozmowę z pokonanym kapitanem angielskim: wy, Francuzi, bijecie się tylko dla pieniędzy, a my, o honor narodu, stwierdził rozgniewany syn Albionu. Słusznie, mój panie, każdy walczy o to, czego mu brakuje, natychmiast odparował korsarz.

Przerwał i na moment wsłuchał się w muzykę dobiegającą z niewidocznych głośników.

– Zdaje się podobną postawę prezentuje pani Peszek – wskazał widelcem na lecące w powietrzu dźwięki – która z faktu niewiary w Boga i w ogóle, Jego „niepotrzebności” w jej życiu, uczyniła już swoją rozpoznawalną markę. Tak Go „nie potrzebuje”, że aż potrzebuje o tym mówić zawsze i wszędzie. Taką ma nerwicę natręctw, coś jak detektyw Monk na punkcie sterylności i geometrycznego ładu. Znalazła się w nieciekawej psychicznie sytuacji, bo czym bardziej nie wierzy, tym bardziej On jest. Przynajmniej w jej myślach. Pan jest faszystą? – zapytał niespodziewanie na koniec a spory sześcian fety ugrzązł mu w kąciku ust.

– Tak, jestem faszystą i umówiłem się na randkę z młodą prujdupką pracującą w TVN w charakterze asystentki wydawcy wiadomości. Da pan wiarę, że redaktor Pochanke zapamiętała już jej imię? Idziemy do niej na kwadrat, bo przyjaciółka, z którą wynajmują mieszkanie, wyjechała do rodziców na przedłużony, majowy weekend. Pod Lubartów. Po słoiki.

Pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Faszyzm jest bardzo estetyczny.

Podaliśmy sobie dłonie i rozeszli: ja do loszki, która machała ręką idąc już po schodach obszernej antresoli, a on do swego mieszkania na Mokotowie. Za chwilę miałem się dowiedzieć od dobrze zapowiadającej się przyszłej osobowości telewizyjnej zrobionej na bóstwo, że Kożuchowska w ciąży, że Wodzianka w ciąży, że Rozenek zaręczona, że Halejcio szaleje w tańcu z gwiazdami, że Liszowska schudła, że kolejna kłótnia w kuchennych rewolucjach, że Siwiec zapomniała majtek, co się stało z twarzą Sochy, co się stało z ustami Kurowskiej, ile becikowego dostanie syn Wałęsy, że Peszek nie wierzy w Boga, że zirytowany Marcin Hakiel zabrał Kasię Cichopek z imprezy, że Kurdej -Szatan pokazała dwuletnią córeczkę (ma tatuaż PLAY na czole), że „Gwiazdy” gratulują Kożuchowskiej ciąży (pewnie przebije Muchę, bo tamta była w ciąży 12. miesięcy).

Później zacząłem popas na jej bujnych pastwiskach.

KatoN

PS. Natalia na żywo – cudów nie ma. Wygląda jak jakaś umalowana Mariola spod przeciętnego bloku w mieście średniej wielkości.

kacio59393

Advertisements