Jakieś dziesięć lat temu z racji pełnionych obowiązków służbowych w pewnej organizacji, której nazwy  nie wymienię, bo nie ma praktycznie znaczenia w opisywanej historii, byłem przymuszony (tak, to chyba najlepsze słowo oddające charakter i atmosferę spotkań) do kontaktów z pewnym osobnikiem, który utkwił mi w pamięci, ponieważ był to – jak się później okazało – mój pierwszy bezpośredni kontakt z tzw. apostatą. Ma się rozumieć, że wcześniej znałem ludzi deklarujących się jako niewierzący, ateiści, agnostycy, czy też wierzący niepraktykujący. Ale ten osobnik był zapowiedzią, forpocztą, prekursorem, tych wszystkich wojujących bezbożników, z jakimi mamy do czynienia dzisiaj a już osobliwie w internetach.

Na początku tej wymuszonej znajomości sądziłem, że facet trolluje, cały czas poruszał wątki biblijne, chociaż za każdym razem deklarował, że jest zagorzałym ateistą. Szczególnym upodobaniem darzył św. Marię Magdalenę, o której mówił, że była żoną Pana Jezusa i miała z nim dziecko – dziewczynkę. Niezależnie od tego o czym byśmy nie rozpoczynali rozmowy, tak starał się  zahaczać wątki, że dygresje i aluzje prowadziły w końcu na drogę ku opowieściom o rodzinie i związku małżeńskim Chrystusa z Marią z Magdali. Sprawiało mu to największą przyjemność. Oczy paliły mu ogniem, kiedy opowiadał o ziemskim romansie Boga, w którego przecież nie wierzył. Kiedyś, po którymś z kolei wykładzie, spytałem na jakiej podstawie tak twierdzi, jakie ma rzeczowe dowody. Po paru dniach przyniósł mi książkę Dana Browna pt. „Kod da Vinci” jako niezaprzeczalny dowód.

Uzupełnię, że opisany przeze mnie ateusz był – o ile dobrze pamiętam – wiceprezesem ogródków działkowych, dawnym działaczem PZPR i honorowym dawcą krwi. Wybuchowa intelektualnie mieszanka. Wspominam o tym, bo oprócz fascynacji literaturą przedmiotu, za każdym razem w rozmowie wspominał z dumą o działalności w nieboszczce partii, rekreacyjnych ogródkach działkowych i PCK.

Z czasem stał się natrętny. Zaczął do mnie wydzwaniać nie tylko w godzinach pracy ale także późnymi wieczorami z kwestiami podobnymi do tych, jakimi szaleńcy spiskowcy zaprzątali sobie i innym głowy w Wahadle Foucaulta. Stawał się nieznośny, upierdliwy, namolny i bezczelny.

1920192_495650807213167_764983008_nOtrułem go. Zwłoki zakopałem przy jednej ze ścieżek rowerowych wiodących nad Jezioro Paprocańskie. Myślę, że to najlepszy sposób na antyklerykałów wariatów. Dwa tygodnie przed planowanym rozstrzygnięciem zacząłem jeździć ustaloną trasą rowerową przez las kobiórski. Wybrałem miejsce, drugiego dnia przywiozłem i ukryłem w chaszczach szpadel, trzeciego – zacząłem kopać; grunt był miękki, podatny, sama przyjemność. Po kilku dniach zamaskowałem gałęziami otwór w ziemi i wybrzuszenie kopczyka. Przy ostatniej rozmowie w biurze starałem się być szalenie zainteresowany. Był zachwycony, że wypytuję o szczegóły pożycia rodziny sprzed dwóch tysiącleci. Zaproponowałem mu wspólny jogging pod wieczór nazajutrz. Chętnie się zgodził, przewidując najwyraźniej, że mnie obsypie jutro kolejnymi dowodami i hipotezami. Przybiegł punktualnie, miał na sobie granatowy markowy dres, opaskę na czole i adidasy białe jak zęby – żyjącego wtedy jeszcze – Michaela Jacksona. Jechałem powoli na rowerze a on truchcikiem podążał przy kole i sapiąc opowiadał o podróży żony Jezusa z Nazaretu i ich córki do wybrzeży dzisiejszej Francji. Stanąłem, rozejrzałem się uważnie w koło i zaproponowałem odpoczynek. Z sakwy przy rowerze wyciągnąłem chłodną butelkę lemoniady i zaproponowałem, żeby się napił, a ja sięgnąłem po drugą. Podziękował i przyssał się jak rasowa pijawka do szkła. Przeszliśmy w głąb lasu. Usiadłem opierając się o drzewo, on zrobił to samo plecami ocierając się o korę wybujałej sosny. Mówił. Słońce już dotykać musiało horyzontu, szarzało, a on ciągle mówił. Nagle beknął, przeprosił, zaśmiał się, znowu beknął, chwycił się za gardło i już nic nie powiedział. Wstałem i odłożyłem gałęzie znad amatorskiego grobu. Musiałem być chyba trochę podobny do Rona Eldarda, tak mi przemknęło przez myśl, kiedy wrzucałem ciało ateisty w ostatnie miejsce jego spoczynku. Uwinąłem się szybko, dokonałem pobieżnego mimetyzmu terenu wcześniej przygotowanymi kępami murawy, patykami, kamieniami, gałęziami, leśnym poszyciem – miejsce wkomponowało się w krajobraz. Na koniec stanąłem w jego nogach, zdjąłem z głowy sportową czapeczkę z logiem Lazio i odmówiłem trzy razy wieczne odpoczywanie.  Wróciłem na ścieżkę, wsiadłem na rower i skierowałem się do domu. Nie wiem dlaczego, może poczułem wyrzuty sumienia, ale zacząłem naciskać na pedały coraz mocniej, gnałem jak szalony, zrobiło się już dobrze ciemno, ledwo widziałem drogę, nie chciałem włączać reflektorka przy ramie ze względów bezpieczeństwa. Wyrzuty sumienia zamieniły się w lęk, ten z kolei przeszedł w strach. Na plecach poczułem dotyk koszmaru, lodowaty pot zmroził skórę i tkanki, brakowało mi tchu, przede mną pojawił się patrol policji drogowej, zatrzymywali mnie świecącą pałką. Zrozumiałem, że jestem zgubiony. Zawróciłem. Nic z tego. Najpierw odpadł od roweru jeden pedał, potem przednie koło. Jakaś kobieta z wielką torebką, śnieżnobiałą jak sportowe buty ateisty, biegła naprzeciwko w towarzystwie kilku policjantów wymachując ręką w moim kierunku. Byłem osaczony. Czekało mnie dożywocie. W najlepszym wypadku 25 lat. Dokonam żywota w więzieniu, pomyślałem. Ale udało mi się uciec.

Obudziłem się. Dziwne. Od tego snu, pasjonat Marii Magdaleny już nie pojawił się w biurze nigdy.

KatoN

kacio5939

Reklamy