Zacznę od tego, że lubię podróżować nocą, niezależnie od środka lokomocji. Senne, na pół puste przedziały z przyciemnianym pokrętłami światłem im głebiej pociąg zanurza się w noc. Pustawe wagony torują drogę przez spowite w ciemność krajobrazy. Chłód nocy osiada zimnym potem wilgoci po zewnętrznej stronie szyby; w środku jest ciepło, przytulnie, w miarowej ciszy; koła wybijają jednostajny rytm, zaburzany od czasu do czasu arytmią rozjazdów. Pojawia się w tej  atmosferze zadziwiająca skłonność do swoistych rozmarzeń, które w innych okolicznościach nie mają prawa bytu. Zapach kolei – choć nie ma już woni nasączonej w pamięć dzieciństwa oleju antracenowego, widoki zza okna, uciekające, mijane szybko słupy trakcyjne, ciemna wstęga lasu zamykająca horyzont, wiadukty i mniejsze mostki, ciągły ruch, szybszy przy oknie, zwolniony w dali, wszystko to pozwala pogrążać się w podróżnym zapomnieniu, zezwala na snucie myśli i wspomnień, które w innych warunkach mijają gdzieś obok, przechodzą przez palce.

Chyba w takim stanie umysłu ją zobaczyłem. Siedziała przy oknie pogrążona w lekturze. Miała szafirową spódnicę, jasną bluzkę z długimi rękawami, na ramiona zarzucony ciemnofioletowy pulower, czy coś w tym rodzaju, stopy wysunęła z ciemnych wygodnych pantofli – odziane w gładkie pończochy rozgniatały noski obuwia, jak mi się zdało na pierwszy rzut oka. Średniej długości włosy lśniły.

Nawet nie raczyła rzucić krótkiego spojrzenia na nowego pasażera.

Położyłem bagaż na półce i usiadłem na przeciwnej kanapie, obok drzwi. Przy oknie po mojej stronie siedziała młoda para, za głośna i hałaśliwa, chociaż starali się we dwójkę panować nad emocjami, to jednak salwy śmiechu rozpraszały spokojną atmosferę. Oboje mieli chujowe fryzury, dżinsy rurki, buty sportowe noszone pewnie na okrągło, a nie  na siłownię czy boisko. Pewnie stylizował się na nerda a ona chłonęła Dana Browna i Paulo Coelho. Słuchają wspólnie muzykantów klubowych, noszą okulary typu Rayban, opowiadają się przeciwko „dyskryminacjom”, żywią się w MacDonald’s i siorbią gównolatte w starbuniu, skąd wrzucają słitfocie na fb. Dosyć!

Przy niej siedziała kobieta w jej wieku. Wertowała czasopisma. Na przyokiennym stoliku, na papierowej serwecie leżały dwa jabłka, stała butelka z sokiem brzoskwiniowym i dwa plastykowe kubki. Wyciągnąłem książkę. Wtedy dopiero na mnie spojrzała. Czułem wzrok na sobie i wzrok sąsiadki. Obie mnie lustrowały. Założyłem okulary i znalazłem zaznaczoną/zapamiętaną stronę, ale nie mogłem się skupić. Zdania uciekały mi z pamięci, litery się rozmazywały. Młodzi chichotali. Wymieniła uwagę z sąsiadką. Zaczęły rozmawiać cicho. A więc się znają. Zerknąłem na bagaż nad nimi. Najwyraźniej jadą na dłużej. Nie podsłuchiwałem, ale ze strzępków słów zrozumiałem, że koleżanka żali się na ból głowy. Zażyła proszek, popiła wodą mineralną i położyła się prawie na całej długości kanapy, stopami dotykając jej uda.

Zapatrzyła się w okno, po chwili sprawdziła telefon, odłożyła książkę i oparła głowę o zagłówek z boku.

Czytanie mi nie szło. Zdecydowałem się na przechadzkę to bufetu. Nie chciałem pić piwa – w przedziale jego zapach nie byłby wskazany. Zamówiłem dwie wódki, wysłuchałem wiadomości TV, stoliki były puste. Dochodziła północ. Wracając zajrzałem do toalety, umyłem dłonie i przyczesałem mokrymi palcami włosy. Odsunąłem drzwi. W przedziale światło było już zgaszone, zasłony przesłonięte. No cóż – nici z czytania. Siedziała naprzeciwko mnie – zamieniły się miejscami ze znajomą, która leżała teraz głową zwrócona w kierunku okna, przykryta płaszczem. Parka po mojej stronie wtulona w siebie okryła się  kurtkami i najwyraźniej też drzemała.

Przyłożyłem bok czoła do miękkiego zagłówka, oparłem rękę o podłokietnik, przymknąłem oczy. Alkohol rozlał się po trzewiach i dotarł do mózgu. Było mi przyjemnie, monotonnie. Nie wiem dlaczego, ale zacząłem myśleć, że zaatakował ją facet, grubiański pasażer, typ nachalny, kiedy stała na korytarzu. To właśnie jest ta półnierealistyczna atmosfera zalegająca wszystkie zakamarki pociągu; tworzy takie dziwadła i pisze niedorzeczne scenariusze. Podbiegłem do niej i wyratowałem z opresji. Facet, lekko podchmielony, poszedł bez słowa. Podziękowała mi i wróciła na swoje miejsce. Usiadła w pozycji jak ta kobieta z obrazu Hoppera, założyła nogę na nogę i zaczęła czytać Fuentesa. Nie miała tylko kapelusza. Nie wiem jak to się stało ale w tej pół jawie, półjawiepółśnie, zastąpiłem intruza i zacząłem ją atakować. Dla odmiany teraz ja. Nie, nie. Nie zrobiłem jej żadnej krzywdy. Nic z tych rzeczy. W tle słychać było wokalizę z filmu Kawalerowicza. Po prostu na jakiejś stacji porwałem ją, przy semaforze stał Opaliński w kolejarskim uniformie nerwowo trąc zapałki o draskę nad zgaszoną latarnią, i wywiozłem prywatnym samochodem uprzednio uszykowanym (a więc działałem z premedytacją) na odludzie do wcześniej wynajętego domu, w którym trzymałem ją w niewoli. Wzdrygnąłem się. Pociąg hamował. Spojrzałem na nią, miała otwarte oczy. Mówiłem coś przez sen? Przez tę drzemkę? Wystraszyłem się. Patrzyła na mnie, jakby wiedziała, co mi się przyśniło, a raczej – uroiło. Pociąg na szczęście na nowo nabierał prędkości. Przymknąłem oczy. Coś było nie tak. Do pociągowych odgłosów, z którymi już się zdążyłem oswoić, doszedł jakiś nowy dźwięk. Wcześniej go nie było. Jak go nazwać? Miarowe pocieranie o ortalion? Skąd mi przyszedł do głowy ortalion? Otworzyłem powieki, wsłuchując się intensywnie. Nasze oczy się spotkały. Wydawało mi się, że się uśmiecha, ale nie byłem pewien. Podbródkiem, niezauważalnie, subtelnie, z gracją dyskretną, dała mi znak, skierowała wzrok na parę. Teraz pojąłem. Dziewczyna musiała majstrować coś przy chłopaku.

Odwzajemniłem nieśmiało uśmiech, dziękując że wyjaśniła mi źródło zamieszania. Cała sytuacja zrobiła się nie tylko kłopotliwa ale i intrygująca. Młoda kobieta zaczęła cicho pojękiwać a jej towarzysz mocniej oddychać. Nie były to dźwięki wydobywane ze snów. O nie. Rodził je naturalizm przesiąknięty do szpiku kości zewem natury. Głupia sytuacja, pomyślałem. Choć z drugiej strony – poczułem podniecenie. Mimo woli. Zgaszone światło, obcy ludzie, podróż pociągiem, zamknięci na kilku metrach kwadratowych i w to wszystko wkradła się namiętność, chuć, nad którą młodzi nie potrafili zapanować. Najwyraźniej dziewczyna masowała narzeczonemu chuja. Jego czubek musiał ocierać się o tkaninę przeciwdeszczowej kurtki. Stąd ten nieszczęsny ortalion.

Nie wiedziałem, co zrobić, nie wiedziałem, jak się zachować w tej – było nie było – przymusowej sytuacji. Nie wiedziałem jak i czy w ogóle, w jakikolwiek sposób, ale jaki?, miałbym reagować w sytuacji, kiedy ona i ja jesteśmy świadkami tego niecodziennego zjawiska. Ostatecznie nie co dnia trafia się, że przy tobie, pół metra od ciebie, w miejscu publicznym jakaś prujdupka robi partnerowi fellatio. Kiedy tak się zastanawiałem podekscytowany (młodzi coraz śmielej się zapominali), przyszła mi z pomocą. Dotknęła stopą mojej nogi; nie był to zwykły, przypadkowy, jakkolwiek to nazwać, dotyk. Takie rzeczy się czuje. Otarła palcami stopy moją łydkę i  przejechała nimi w kierunku kolana. Spojrzałem odruchowo. Przyłożyła palec do ust dając mi do zrozumienia, żebyśmy wyszli.

Jej przyjaciółka spała w najlepsze. Pewnie wzięła lekki środek nasenny na ten ból głowy. Obok młoda parka uprawiała spontaniczny seks, a mnie dotykała kobieta, o której wiedziałem tylko tyle, że ma ładne niebieskie oczy, interesujący biust i lubi prozę południowo-amerykańską (tyle zdążyłem dostrzec na okładce książki, którą odłożyła wcześniej). Przełknąłem ślinę. Młodzi na chwilę przestali, umilkli. Najwidoczniej nasłuchiwali. I znowu zabrali się za siebie dochodząc do wniosku, że wszyscy śpią. Krajobraz za oknem uciekał pociemniały od nocy. Tak właśnie w przedziałach pulmanowskich rodzą się oryginalne pomysły stworzone z tęsknot, wspomnień, marzeń i nieuchwytnych okazji, które w każdej chwili mogą się spłoszyć i ulecieć daleko jak przestraszony ptak.

Wyszliśmy na korytarz. Nie miałem innego wyjścia.

KatoN

kacio5939

Advertisements