Wizyta księdza „po kolędzie” to w sumie strata czasu; przyszedł sobie, zadał „na siłę” jakieś zdawkowe pytania o pracę i o „sprawy życiowe”, wyklepał modlitwę, wziął kasę i sobie poszedł.

Żadnego zainteresowania życiem religijnym, żadnej reakcji na to, że od wielu miesięcy nie było mnie w kościele parafialnym (chodzę do rozmaitych kościołów na trasie moich wycieczek), żadnego dopytywania o zapatrywania na kwestie doktrynalne czy moralne – zupełnie nic.

Równie dobrze mógłbym być handlarzem narkotyków, przeprowadzać amatorsko aborcje albo mieszkać z kochanką, a ksiądz nie wykazałby tym zupełnie zainteresowania, uśmiechnął się przyjaźnie i powiedział „no to do zobaczenia w parafii”. Po co w ogóle jest jeszcze „kolęda”?

kacio5939
Reklamy