Starzy, nieliczni znajomi (cześć Guard, Charmee, cześć Poker) pamiętają ten nick. Niepohamowany romantyzm z niego bił, elegancja i wytworność, piekielna inteligencja i nienaganne poczucie humoru, to wszystko, co tak bardzo uwielbiają kobiety: stonowany dandys bez cienia niepotrzebnej złośliwości, no chyba, że trzeba!, zrozumienie i dystans do rozmówcy, bez niepotrzebnej małostkowości. Gentleman w każdym calu.

Ale dzisiaj nie o nim.

Raz na parę lat mam dziwny, przerażający sen; powtarza się, co już jest zjawiskowe i wymownie zadziwiające.

twa11Idę przez rozległe błonie – po mojej prawej płynie spokojnie rzeka, po drugiej stronie leżą rozległe stawy: widać groble. Słońce rzuca ciepłe promienie, powietrze jest przejrzyste, lekki wiatr swawoli we włosach, stopy zostawiają ślady w bujnej trawie. Motyle bezgłośnie trzepoczą skrzydłami, skowronek śpiewem odgania intruza znad gniazda a chmara pasikoników grzmi orkiestrą. Mlecze, rdzawe łodygi szczawiu, od czasu do czasu pod nogami bielejące główki pieczarek. Kolory jak w sklepie kupca bławatnego. Z każdym stąpnięciem trawa staje się coraz bardziej soczysta, ciepła wilgoć łaskocze stopy. Grunt staje się grząski, murawa ugina się pod ciężarem ciała. Nagle spostrzegam, że brodzę w wodzie po kostki. Jest przejrzysta i nad wyraz ciepła, pełna kijanek i tych śmiesznych stworzonek z rozcapierzonymi nogami wędrującymi po jej powierzchni. Nie przeczuwam jeszcze, że coś wisi w powietrzu, chociaż niebo nade mną z każdą chwilą zasuwa się chmurami. Z początku to stada baranków, pojawia się cały redyk, przesłaniając błękit. Z czasem ciemnieją, ich wełna staje się szarobura. W oddali słychać pomruk, a wiatr zamiast omiatać łaskotliwie, zaczyna drażnić.

Rozglądam się wkoło spostrzegając ze zdumieniem, że jestem w centrum rozlewiska już do pół łydki. Dno przestaje być rozpoznawalne. Polne koniki przestały grać, a skowronek gdzieś się zapodział, motyle pofrunęły z wiatrem, lwie paszczki schowały się pod taflą. Dzieje się coś niedobrego. Woda przybiera, już jest po kolana. Niby się nie boję, ale zaczyna mnie powoli chuj strzelać. Co jest? Woda sięga do uda i słychać pierwszy grzmot. Podciągam gaciorki i zaczynam biec do wybrzuszenia grobli; opór jest mocny, na twarzy czuję pierwsze krople, jeszcze ciepłe, ale z każdą chwilą zaczynają smagać coraz mocniej po policzkach.

O co tu chodzi?!

Nad głową ołowiana chmura, wiatr przestał się certolić i dmie ile fabryka dała. Wspinam się na zbocze, spod rąk uciekają kępy murawy. Ślimacze tempo wciąga mnie na powrót w kipiel. Wreszcie, stając na grzbiecie wzniesienia, dostrzegam skalę żywiołu – horyzont skurczył się. Nie widzę lasu, nie widzę drzew, nie widzę kęp krzewów, woda jest brunatna, złowroga, grzywiaste fale kąsają mi nogi. Błyskawice i grzmoty rozdzierają powietrze. Zaraz umrę.

I nagle zmienia się sceneria. To zwodnicze. Myślę z ulgą, że jestem uratowany. Z lotu ptaka widzę mały stawek. Już nie biją pioruny. Można powiedzieć, że krajobraz sielski. Na trawie wokół biwakują ludzie: krzykliwe dzieci podbijają kolorowe piłki, matki przywołują je do porządku, mężczyźni w slipkach, paląc papierosy, rozmawiają w grupkach.

W stawie pojawiają się cienie.

Zaczynają krążyć zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Z każdą minutą szybciej, z każdą minutą stają się coraz bardziej widoczne, rozpoznawalne. Nienaturalne ryby. Stwory. Wiszę w powietrzu przerażony tym widokiem. Są olbrzymie. I nawet mnie nie przeraża tak bardzo ich widok, chociaż podobne są do diabłów, które porwały św. Antoniego z obrazu Michała Anioła. Przeraża mnie ich sposób poruszania i aktywizm. Kołują tak szybko, że budzę się zlany potem. Pewnie krzyczę, ale zawsze się tak dziwnie składa, że podczas tego snu, jestem sam.

KatoN

kacio5939

Reklamy