W kultowych latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku byłem co jakiś czas zatrzymywany przez organa państwa. Organy zjawiały się z reguły  w postaci kilku umundurowanych smutnych panów  i wyprowadzały mnie z mieszkania wczesnym ranem doprowadzając na okrąglak przy ulicy Bielskiej, po czym około południa byłem konwojowany w kajdankach milicyjną nyską na ulicę Kilińskiego w Katowicach do aresztu Komendy Miejskiej MO.

Jeszcze przed rutynowym przesłuchaniem w celi zjawiał się „przypadkowy” aresztant. Najczęściej ze smutną miną wypytywał o powód zatrzymania i sugerował, że jeśli się nie przyznam, to czeka mnie sankcja prokuratorska. Standard. Sześć miesięcy. Pachniało od niego na kilometr esbecją. Był czuły.

A potem jakiś kapitan po cywilnemu w swoim pokoju przesłuchań najpierw częstował mnie klubowym i namawiał do zaprzestania i podpisania. I takie tam.

Milczałem.

Więc wchodził inny kapitan po cywilnemu – ten zły – i zaczynał krzyczeć, że takich jak ja powinno się wieszać za jaja na latarniach. Aktorzy.

Milczałem.

Po 48. godzinach wypuszczali mnie. Szedłem na Francuską do czwórki.

I wracałem do domu.

Milczenie jest złotem.

KatoN

kacio5939

Reklamy