161919_157608437623872_1433530_nByło ich czterech i nie mieli w sumie osiemdziesięciu lat. Weszli do bramy domu, przeszli przez podwórze potrącając ludzi klęczących na ziemi i śpiewających litanię do Matki Boskiej Loretańskiej i weszli na schody oficyny; najpierw trzech, a potem czwarty, który szedł na ostatku i zdążył jeszcze zerwać gałązkę bzu z zakurzonego drzewa, a teraz wachlował nią swoją spoconą twarz. Szli powoli zerkając na nazwiska lokatorów, a na półpiętrze jeden z nich powiedział do chłopca z gałązką bzu:

– Ty zostaniesz tutaj.

– Tak – powiedział.

– Będziesz uważać. Widzisz stąd całe podwórze. Jakby się coś przypętało, to wiesz, co masz robić.

– Dobrze – powiedział. W jego głosie słychać było wyraźną ulgę, chociaż starał się to ukryć. Stanął przy oknie, oparł nogę na parapecie i patrzył na podwórze, na gipsową figurę Matki Boskiej i na głowy klęczących ludzi. Gałązkę rozgryzał teraz i czuł cierpką, gorzką zieleń; a potem odrzucił ją w dół i otarł spocone ręce o spodnie. Tamci trzej weszli na piętro, przystanęli przed drzwiami i jeden z nich zapukał. Stali teraz nieruchomo z rewolwerami w rękach i oddychali głośno, a potem stara kobieta otworzyła im drzwi. Ręce miała oplecione różańcem.

– Jest kto w domu? – zapytał jeden z nich.

– Nie – powiedziała.

– Niech pani wejdzie z powrotem. Poszli za nią i zamknęli drzwi. Przeszli przez korytarz otworzywszy drzwi do kuchni i do łazienki i weszli do pokoju.

– Gdzie jest pani córka? – zapytał jeden z nich. Nie mógł mieć więcej jak osiemnaście lat, nie musiał się często golić; twarz jego była miękka i gładka.

– Zeszła na dół do sklepu – powiedziała. – Przyjdzie niedługo. Poszła tylko po chleb.

– Ładnie pani wychowała swoją córkę – powiedział.

– Nikt nie wychowuje swoich dzieci – powiedziała. – Przekona się pan o tym, kiedy pan je będzie mieć.

– Ostrzegaliśmy ją już raz – powiedział. – A teraz doczekała się. Wiedziała chyba, co ją czeka, nie?

– Tak – powiedziała. Patrzyła na chłopaka, na butelkę, którą wyjął z kieszeni i postawił na stole; a potem odsunął ją od siebie, jakby mu nagle przeszkadzała. Przeszła powoli przez pokój i podeszła do okna, a wtedy jeden z nich skoczył i szarpnął ją za ramię.

– Żadnych cudów – powiedział. – Tylko bez cudów. Pokazała mu ręce oplecione różańcem.

– Pańska matka też się chyba modli w maju – powiedziała.

– Niech pani nie mówi o mojej matce – powiedział. – Mój brat zginął w trzydziestym dziewiątym roku, a moja siostra nie pierdoli się z gestapowcami. Niech pani nie mówi o mojej matce. I proszę odejść od okna.

– Daj jej się modlić – powiedział jeden z siedzących przy stole; siedzieli przy ciemnym, ciężkim stole nakrytym czystą, białą serwetą i wyglądali na chłopców, których rodzice znajomej dziewczyny zaprosili na herbatę i biszkopty. Rewolwer i pistolet leżące na stole nie przydawały im ani grozy, ani powagi. – Daj jej się modlić – powtórzył. – Proszę, niech się pani modli.

– To okno wychodzi na podwórze – powiedział ten, który stał przy niej. – Lepiej niech sobie usiądzie przy stole. Cholera ich tam wie.

– Niech pani klęknie przy oknie – powiedział chłopiec siedzący przy stole. – Tak będzie najlepiej. I nikt pani nie będzie przeszkadzać w modlitwie. Kobieta uklękła i modliła się teraz bezgłośnie poruszając ustami. Patrzyli na ziarna różańca przesypujące się pomiędzy jej palcami i tak samo brązowe jak jej stare ręce.

– Musimy to zrobić? – zapytał szeptem jeden z nich; był rudy, piegowaty i wyglądał na starszego od tamtych dwóch; był bardzo mizerny i ubrany jak biedak.

– Jak długo jesteś w konspiracji?

– Półtora roku.

– To za długo, żeby zadawać takie pytania.

– Nie – powiedział. – Nie zrozumiałeś mnie. Można ją po prostu rąbnąć. Można by powiedzieć, że stawiała opór i to było konieczne.

– Szkoda kuli dla tej kurwy.

– To nie wchodzi w zakres walki zbrojnej.

– Ale taki jest rozkaz.

– Mimo to mam wątpliwości – powiedział rudy chłopiec.

– Czy mówisz do mnie jak do dowódcy, czy jak do przyjaciela?

– Dlaczego pytasz o to?

– Czy mam zameldować o twoich wątpliwościach przy wykonywaniu rozkazu?

– Nie – powiedział. – Nie mów o tym. Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła dziewczyna. Wtedy ten stojący przy drzwiach wepchnął ją na środek i zatrzasnął drzwi. Siedzący przy stole podnieśli się; obaj byli szczupli, wątli i ich stare, ciasne marynarki czyniły ich jeszcze bardziej młodzieńczymi.

– Proszę położyć torebkę na stole – powiedział jeden z nich. – Tak. Dobrze. – Otworzył torebkę i wyrzucił zawartość na stół. Wziął do ręki jej dokument. – Anna Hauswedell – powiedział. – Czy jest pani Volksdeutschem?

– Nie.

– Ma pani niemieckie nazwisko.

– To przypadek.

– Weźcie jej matkę do drugiego pokoju.

– Nie ma drugiego pokoju.

– Do kuchni. I zostań tam z nią.

– Nie potrzeba – powiedziała stara. – Jest klucz. W kuchni nie ma okna. Możecie mnie zamknąć. Przeszła przez pokój i przystanęła obok córki na chwilę. – Więc teraz widzisz, że istnieje jednak sprawiedliwość – powiedziała. – To nie sprawiedliwość – powiedziała dziewczyna. – To dlatego, że nie jesteście jeszcze mężczyznami. Więc nie możecie tego zrozumieć. Nie jesteście jeszcze nawet podobni do mężczyzn. – Oparła się ciężko o stół, a wtedy butelka przewróciła się i rudy chłopiec złapał ją w ostatniej chwili. – Mamo – powiedziała dziewczyna. – Pocałuj mnie.

– Nie – powiedziała stara.

– Przecież widzisz, co oni ze mną zrobią. Pocałuj mnie.

– Nie – powtórzyła stara. Stojący przy drzwiach wepchnął ją do kuchni i przekręcił klucz.

– Chcę się pomodlić – powiedziała dziewczyna.

– Nie potrzebujesz się modlić. Nie zabijemy cię. Będziesz mogła się później modlić, ile tylko chcesz.

– Co chcecie zrobić? – zapytała i teraz po raz pierwszy usłyszeli w jej głosie strach.

– Zgolili ci głowę przed czterema miesiącami, prawda? I ostrzegano cię. Powiedzieli ci, żebyś z nim skończyła – powiedział chłopiec bez zarostu. Podszedł do niej i zerwał z jej głowy chustkę; włosy jej były jasne, krótkie; wyglądała teraz bardziej na chłopca i jeszcze młodziej.

– Dlaczego nie skończyłaś z nim? – zapytał.

– Nie mogłam z nim skończyć – powiedziała. Znów oparła się o stół. – Kocham go.

– Niemca?

– No i co z tego? Czy brałam od niego pieniądze? Czy dał mi kiedy cokolwiek? Czy zaszkodziłam komu? Dlaczego nie zabijacie ludzi, którzy handlują z Niemcami? Choćby tych, którzy sprzedają im papierosy czy wódkę.

– I nie przeszkadzało ci, że ten człowiek jest Niemcem? Nie pomyślałaś o tym, że tacy jak on zabijają codziennie takich jak my?

– Nie brałam nic od tego człowieka – powtórzyła. – I nie powiedziałam nigdy nic złego na nikogo. Nie mogę na to nic poradzić, że zakochałam się akurat w Niemcu.

– Każdy człowiek może wybierać.

– Nie – powiedziała. – Na szczęście jest inaczej.

– Nie róbmy tego – powiedział rudy chłopiec. – Skończmy z nią inaczej.

Podszedł do okna; ludzie klęczący na podwórzu śpiewali teraz: „Wieżo z Kości Słoniowej…” Patrzył na gipsowy posąg Matki Zbawiciela i na aureolę z drutu okalającą Jej głowę; drut był sczerniały, deszcze zmyły z niego złotą farbę. Potem spojrzał na ścianę, na kalendarz i zerwał z niego kartkę z datą siódmego maja tysiąc dziewięćset czterdziestego roku. Odwrócił się.

– Pospieszcie się – powiedział. – Ta litania zaraz się skończy. Będzie słychać jej wrzask.

– Co chcecie zrobić? – powtórzyła dziewczyna.

– Zastrzel ją po prostu – powiedział rudy chłopiec. – Na litość Boską, zabij ją albo ja to zrobię.

– Ja jestem dowódcą grupy – powiedział chłopiec o gładkiej twarzy, a jego policzki poróżowiały nagle. – Ja jestem odpowiedzialny za wykonanie rozkazu. Jeśli będę potrzebował twojej rady – poproszę o nią.

– To pospieszcie się, do cholery – powiedział rudy chłopiec. – Róbcie to teraz, kiedy oni jeszcze śpiewają.

Znów podszedł do okna i zamknął je; słyszeli teraz ich błagalny śpiew wznoszący się ku nim jak fala, jak woda. Widział w oknie odbicie; był brzydki, zagłodzony; krótkie rękawy marynarki nie kryły jego grubych, czerwonych przegubów.

– Rozbieraj się – powiedział do dziewczyny ten, który był dowódcą. – Do naga.

– To dlatego, że nie jesteście jeszcze mężczyznami powiedziała. – To dlatego, że nic jeszcze nie rozumiecie.

Ściągnęła z siebie rzeczy i ciskała je na ziemię, a oni patrzyli na jej brązowe, twarde ciało i na ciemny trójkąt włosów. – To dlatego, że nic jeszcze nie rozumiecie i że nawet nie wiecie, jak to jest, kiedy kocha się mężczyznę, i wtedy ważne jest tylko to, że on jest mężczyzną, tylko mężczyzną. I nie mundur, który on nosi. Ale wy jesteście tylko dziećmi, którym dano się pobawić bronią, zanim zginą. I nie możecie wiedzieć o tym, że teraz, w czasie wojny miłość jest więcej warta niż kiedy indziej. Każda miłość.

– Kładź się.

Położyła się na łóżku, a wtedy usiedli na niej okrakiem; jeden na piersiach, a drugi rozkraczył jej nogi i patrzył na jej śniady, twardy brzuch pokrywający się kroplami potu i unoszony drgającymi mięśniami. Ten, który stał nad nią z pistoletem, podał mu butelkę ze stołu, a wtedy rudy chłopiec wbił ją między nogi dziewczyny; nie mógł tego zrobić od pierwszego razu – jej młody, twardy brzuch stawiał opór, a jego ręce były mokre od potu. Ukląkł między jej nogami i wbił butelkę kolanem, a potem rozbił ją lufą rewolweru. Wstał; otarł o kołdrę swoje ręce lepkie od krwi i potu.

– Teraz już nie będziesz więcej chcieć niemieckich mężczyzn – powiedział. Popatrzył na jej twarz; była zalana krwią. – To się podobno zdarza z dziewicami -powiedział. – Krew z nosa. Mój brat mi to mówił.

– Nie martw się o nią. Ta nie była dziewicą.

Wyszli do korytarza. Otworzyli drzwi od kuchni i cofnęli się gwałtownie. Matka dziewczyny wisiała na rurze gazowej; musiało stać się to przed chwilą, gdyż różaniec, którym oplecione były jej ręce, kołysał się jeszcze.

– Trzeba by zawołać lekarza – powiedział ten, który był dowódcą. – A tego nie możemy zrobić.

Wyszli na schody zamknąwszy cicho drzwi. Czekający przy oknie klatki schodowej odwrócił się i podał im teczkę. Włożyli do niej broń.

– Ty pójdziesz pierwszy.

– Tak – powiedział.

Zeszli w dół; na podwórku zdjęli czapki i wolno przeszli między klęczącymi. Rudy chłopiec odwrócił się raz jeszcze; spojrzał na gipsową, słodką twarz Matki Zbawiciela i na wiązkę zwiędłych kwiatów leżących u Jej stóp – białych prawie tak jak i płaszcz Jej chwały, z którego schodziła już farba. Ludzie znów śpiewali: „Orędowniczko Nasza, Wieżo z Kości Słoniowej, zmiłuj się nad nami”.

– Ciekawe, czy po wojnie ludzie będą też się tak modlić – powiedział.

– Maj zawsze w Polsce był miesiącem Matki Boskiej.

– Ja wiem – powiedział. – Ale ciekaw jestem, czy po wojnie też będą się tak modlić. Kiedy nie będzie już strachu i nieszczęścia.

– Ci, którzy przeżyją wojnę, zobaczą. Idziemy. Ty wyjdziesz pierwszy, potem ja, potem ty. Cześć!

Raz jeszcze się odwrócił i raz jeszcze spojrzał na słodką, bolesną twarz Matki Boskiej. Było mu gorąco: musiał rozpiąć koszulę i marynarkę. Myślał o dziewczynie; o jej twardym, ciemnym ciele; o jej krótkich włosach, które czyniły ją podobną do chłopca, i myślał o tym, że nie wydała ani jednego jęku, i jeszcze o tym, że dojrzał w jej twarzy coś, co widział przedtem tylko na gipsowych, pozłacanych posągach Matki Zbawiciela.

– Nie chcę przeżyć tej wojny – powiedział głośno do siebie. – Bo zawsze kiedy będę się modlić, będę myśleć o tamtej. I one zawsze będą dla mnie wyglądać jednakowo.

Marek Hłasko, Miesiąc Matki Boskiej

Reklamy